Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teraz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teraz. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 stycznia 2011

wirtualne pocałunki...

Dziś dostałam małą książeczkę od obcej mi osoby w podzięce za rzecz,  którą zrobiłam bezinteresownie...
Książeczka zawiera zbiór myśli różnych mądrych ludzi...
Właściwie nie lubię takich książeczek ...
Jakoś zawsze je omijałam na półkach w księgarni, bojąc się może, że te wszystkie mądre słowa skumulowane na kilku stronicach zasieją w mojej głowie jakiś niepokój, panikę nawet. Kondensacja i destylat przemyśleń wielu, tak wielu znakomitych umysłów zebranych w jeden nabój na tak małej przestrzeni, trafi mnie prosto w serce i padnę na miękki dywan w jakimś empiku porażona ich mocą i tylko ochroniarze będą mieli ze mną kłopot...
Nie daj bóg będę nie umalowana, w fatalnych ciuchach z nieogolonymi nogami, ubrana w brzydką bieliznę i trafię do szpitala, gdzie przystojny pan doktor niechętnie będzie ratował moje marne życie zbrzydzony tanim zapachem mych perfum...fuj !!!!
To mój najgorszy z koszmarów...
Do szpitala trzeba trafić super zrobioną i przygotowaną z wypielęgnowanymi magiczną czerwienią paznokciami u stóp, wyczesanymi dizajnersko włosami, wydepilowaną cipką itp.
Więc skrupulatnie omijałam, tego typu pozycje, a dziś takową otrzymałam. Tu miłe zaskoczenie i w sumie rozczarowanie. Dostałam prezent, co mnie cieszy bo niezbyt często coś dostaję i niestety romantyczny zgon z powodu wagi pięknych słów nie jest mi pisany.
Chyba, że ktoś oświadczy mi poza moim dzieckiem, że mnie kocha...nooo to by mnie poraziło :DDDD, a gdyby jeszcze był to mężczyzna mądry i ciekawy, łoooo :DDDDD

Przeczytałam więc wszystko z uwagą, jak zwykle i o to co mi się spodobało najbardziej :

Nie wystarczy mieć dokąd wrócić,
trzeba mieć jeszcze kogoś,
kto będzie na ciebie czekał.
( nikt na mnie nie czeka, ani się nie zapowiada by było inaczej...ale ładnie ujęte )

Najpiękniejszy dar
to przebaczenie.
Tam, gdzie nie chcę się przebaczać,
od razu powstaje mur.
Od muru zaś
zaczyna się więzienie.
( wygląda na to,ze jestem wolna bo wszystko przebaczyłam)

Przyjaciel
- ktoś, przed kim można
głośno myśleć.
( tak to prawda, przed H mogę nawet krzyczeć...
myślałam przed kimś głośno kto wydawał się być moim przyjacielem, olał nawet mój szept, drażnił w zbyt zasłuchane w siebie myśli )

Czasami
trzeba usiąść obok
i czyjąś dłoń zamknąć w swojej dłoni,
wtedy nawet łzy będą smakować
jak szczęście.
( taak, tylko gdzie taką dłoń spotkać ? W supermarkecie, w pracy, w autobusie, w internecie ? To za trudne, jak kiepska jestem w szukaniu i zareklamować też się nie potrafię, odpowiednio. )

Nic o miłości bo to mnie już zabije a nie byłam u fryzjera już dwa tygodnie i na wybielaniu uzębienia już pół roku...
No trudno, postanowiłam jeszcze nie umierać...
Najpierw zrobię sobie cycki, lifting, liposukcje, lobotomie duszy, laparoskopie, kolonoskopie mózgu i wziernikowanie serca, żebym zdrowo i pięknie wyglądała w trumnie...sic !

PS. lajf, czasem kopie dotkliwie w same podeszwy stóp, żeby nie było nic widać...
sprytne...
ktoś dziś przesłał mi też wirtualne pocałunki...
bardzo, bardzo Ci dziękuje, choć są tylko wirtualne, bardzo dużo dla mnie znaczyły...wyjątkowo były potrzebne...dzisiaj...

A tak mi przyszło do głowy :DDDD, mały konkurs !!!!
Może ktoś odgadnie kto jest autorem choć jednej mądrej myśli, dostanie prezent od madmargot,
Jeśli będzie wiecej odgadnionych- oświeconych, wyłonimy zwycięzcę drogą losowania  :-).
Zapraszam do zabawy, nagrodą napewno nie będzie mądra książeczka : DDDDDD, ach i proszę się nie obawiać nie będzie to też wirtualny pocałunek  ;DDDDD. Te daje bez okazji i przyczyny.
Cmok !!!!!

środa, 5 stycznia 2011

rozkosz...

Cisza i spokój, nareszcie.
To dziwne uczucie, trochę mi w nim niewygodnie, jeszcze się nie przyzwyczaiłam.
Trochę to trwało zanim osiągnęłam to do czego uparcie dążyłam, na co czekałam. Myślałam przez wiele miesięcy, że nigdy nie nadejdzie, cisza w moim sercu...
Nie patrzę tempo w okno, obraz nie jest zamazany, z niewiarygodną ostrością, dostrzegam szczegóły,  ludzi, ptaki, drzewa, siebie w lustrze..Serce mi nie drży, dłonie spokojnie kroją chleb, ciało idzie we właściwym kierunku...Nie zbaczam z kursu, wiem którą drogę obrać, już się nie pomylę, nie szukam nerwowo kluczy i nie wpadam w panikę i wściekłość kiedy gubię rękawiczkę. Spokój, cisza, odzyskałam świadomość, kontrolę, jestem gotowa żyć...
Smaki smakują, zapachy pachną, jestem wolna...
To dziwne uczucia, jeszcze czuję lekki dyskomfort...
Nie mam żalu, niczego nie przeklinam, nikogo nie usiłuję z całych sił zapomnieć...
Jestem wolna...
Nie obojętna...
Wolna...

Uśmiecham się, moje oczy są zielone, serce bije równym rytmem, miarowo...
Zrealizuję moje marzenie, pojadę w moją podróż, tylko o tym teraz myślę i tylko do tego zaczynam tęsknić...
To takie przyjemne...
Lubię czuć przyjemność...
Rozkosz...

PS. Kupiłam sobie dwie sukienki, oczywiście małe czarne. Są piękne, prosta forma, bardzo w moim stylu. Jedną wieczorową, drugą codzienną, powiesiłam je obok sześciu pozostałych, małych czarnych lub szarych. Uwielbiam sukienki, kobiety powinny je nosić i perły, pomalowane na ciemno paznokcie, perfumy, piękną bieliznę itp. itd...Hmmm, zamyślam się, mam nadzieję, że je wykorzystam we właściwy sposób :-).

Rozkoszna wolność ...
Hmmm, bardzo mi smakuje : DDDDDD
Rozkosz...

sobota, 1 stycznia 2011

ból fizyczny nie chemiczny...

Ignorowałam go, od dawna, nie zwracałam uwagi na żadne jego chytre zaczepki, od dłuższego czasu, na słodkie słówka, którymi próbował mamić moje ciało. Odwracałam się gdy nachalnie wzywał mnie do siebie, kiedy krzyczał wściekły, że go olewam...
Odpychałam go od siebie ze wszystkich sił... Walczył zaciekle o swoją własność, miażdżył moje kości czule je krusząc, obejmował żelazną obręczą niemocy...Twierdził, że kocha mnie najbardziej na świecie, że nigdy mnie nie opuści, że zawsze będę jego. Niczym zazdrosny kochanek strzegł mnie przed wolnością, jak twierdził dla mnie zabójczą. Zamykał w złotej klatce otumanienia karmiąc słodkimi pastylkami, po których w nocy nie mogłam spać, opętana hipnotycznie jego silnymi ramionami. Poił moje żyły srebrną igiełką, kropla po kropli wtłaczając w nie nektar zapomnienia...o wszystkim co realne...
Krążyłam potem tygodniami po domu niczym narkomanka szukając w nim ukojenia, oddychałam nim, tęskniłam do niego, pragnęłam by był przy mnie zawsze...
Byliśmy nierozłączni...kochankowie, zawsze ramię w ramię ciało przy ciele...Lecz pewnwgo dnia, kedy to pobił mnie do nieprzytomności umysłu, kiedy nie mogłam już leżeć, stać, siedzieć, przytulić Lu, postanowiłam go zdradzić, stać się zimną obojętną suką...
Nie reagowałam na jego listy, nie odbierałam telefonów...Kiedy wysyłał do mnie sygnały, znienacka bijąc mnie z całą mocą po twarzy, znacząc gwałtownie moje ciało tatuażami siniaków, śmiałam się tylko szyderczo, sycząc mu prosto w oczy - nienawidzę cię, wynocha, mam już kogoś innego...
Spierd....
Odszedł, uwierzył, że go już nie potrzebuję, że potrafię bez niego żyć, oddychać, funkcjonować...
Myślałam, że wygrałam, zwiodłam go...
Tak wiem nie postąpiłam z nim elegancko, tak  znienacka zrywając, byłam podła, mógł czuć się urażony, opuszczony samotny...
tak wiem...
zimna suka ze mnie...
Długo się nie ujawniał, nie odzywał się...
Myślałam, miałam nadzieję, że o mnie zapomniał, cieszyłam się wolnością, mocą decydowania o sobie, o swoim ciele, oddychałam lekko i bez lęku , że mnie dopadnie...
jak ja się myliłam...
Dziś wrócił, zaatakował mnie, ze zdwojoną siłą, tylko się kurwa ukrywał, przegrupował siły...
Spryciaż jeden, skrytobójca...

wiem, czuje to, że mnie organicznie nienawidzi, że pragnie zemsty...
kiedy dziś leżałam i on kołysał mnie w swych twardych ramionach i sączył truciznę w moje żyły, też go znienawidziłam, zniekochałam go, znielubiłam do końca...

Boże nie modlę się do Ciebie bo w Ciebie nie wierzę, ale mam jedna prośbę zabierz go ode mnie, nie pozwól mu mną kierować, ochroń moje ciało bo duszę mam i tak straconą, ale przy najmniej ciało bym mogła iść bez niego, bez bólu, na sanki z dzieckiem, bym mogła wyprasować ubrania, bym mogła zrobić sobie herbatę kiedy poczuję pragnienie, bym mogła żyć, zakochać się, by ktoś mnie pokochał...

PS. za parę tygodni chciałam gdzieś jechać, pooddychać przestrzenią, podarować sobie trochę szczęścia, sobie i mojemu dziecku...to było i jest moje marzenie...
teraz nie wiem, boję się...trochę, podróży...

dlaczego tak się dzieję, że kiedy już kończymy bieg, wyczerpujący, morderczy, kiedy przebiegliśmy cały prawie dystans, widzimy bezpieczną przystań, czujemy zapach morza, wolność i przestrzeń...dopada nas, dopada mnie ten kurwa mać ból ????? Czy ja nigdy nie będę mogła...??? być wolna...

a z resztą zawalczę o to, o to marzenie...dam radę...co mi tam, choćby była to ostatnia rzecz, którą zrobię dla siebie, dla Lu, bo tak bardzo tego pragnę...pokonam go, pokonam mojego nieczułego kochanka, już mu się nigdy nie oddam, nie oddam mu mojego ciała...
zakocham się w kimś innym, tak jak postanowiłam...
i pojadę w moją podróż, pooddychać przestrzenią...
już lepiej, mniej boli, mogę pisać... : ))))))) jupi !!!!!

Pozdrawiam wszystkich w Nowym Roku, szczęścia i miłości ; DDDDDD, niech nic was nie boli !!!!!!
ach i to FIZIS cierpi nie psyche...
z moją psyche jest koncertowo super :-)

piątek, 24 grudnia 2010

Wesołych Świąt...

Wesołych
Zdrowych
Szczęśliwych
Spokojnych
Świąt
i
spełnienia marzeń, nawet a zwłaszcza tych najskrytszych, naj bardziej nie realnych, dzikich, namiętnych, szalonych itp. itd. : DDDDDDDD
wszystkim !!!

wtorek, 14 grudnia 2010

samotność w domu złym :-)

W związku z komentarzami na temat filmu, który oglądałam wczoraj, chciałabym zapytać czy ktoś zwrócił uwagę na piękne obrazy, które były przez pewien moment tłem tej historyjki. Obrazy są piękne, chciałabym tak malować. Czysta, cudowna forma i oszczędność wyrazu, kolory nieba i morza. Kiedy się na nie patrzy czuje się jakby, się było właśnie tam gdzie teraz chciałabym być, najbardziej...
Patrząc na nie można poczuć wiatr od morza , jego smak, smak soli na skórze, zapach...
Są absolutnie doskonałe...
Samotny mężczyzna na pomoście...
Co mnie w tym filmie jeszcze poruszyło to tło muzyczne w pierwszej części...

No właściwie to wszystko i nie dziwię się, że film jakoś nie znalazł fanów :-), szkoda bo polskie kino bywa ciekawe, no może bywało...Pozytywnie zaskoczył mnie Dom zły, wstrząsnął mną, wyszłam z kina oszołomiona bezmiarem brudu i smrodu tego świata, namacalnym bardzo. Czułam go na skórze, pod nią, wszędzie...
 Polecam. To nie banalna historyjka właśnie w stylu Samotności...
Mocne, dobre kino. Niektórych ludzi, z którymi rozmawiałam o nim zbrzydził, mnie popchnął do refleksji. Świetna rola Kingi Preis, tak różna od płaskiej i pozbawionej praktycznie sensu roli w Samotności, gdzie była tylko zbędnym dodatkiem, takim brzydkim ozdobnikiem, do Cieleckiej jak z porcelany. Takich kobiet nie ma, a jeśli są to miej nas boże w opiece :-), chodzi o kreacje Cieleckiej oczywiście :-). 
Kinga natomiast w obrazie Dom zły, to majstersztyk, tzn. jej gra. Kapitalna aktorka. Grała całą sobą, grałą ciałem i wnętrzem, nie była sztuczna i drewniana.

Oj nie miałam dzisiaj pisać :-). O  filmie Dom zły i paru dobrych polskich filmach chyba jeszcze napiszę, ale teraz lecę sprzątać, bo to mnie stawia do pionu :-), jak zwykle...

wtorek, 30 listopada 2010

A jak anioły...
















Oto co robię w tak zwanym "wolnym czasie "...
Zimą...
Lepię anioły. Lepię je już chyba szósty rok. Zrobiłam ich z 500, powaga i to tylko w okresie świątecznym. W tym roku już nie chciałam, jakoś nie mogłam się zebrać. Odwlekałam to jak mogłam. W końcu jak się zmobilizowałam to mi nie wychodziły. Rozmazywały się im buzie, puchły podczas wypiekania, jedną partię spaliłam na węgiel i to tą najładniejszą. Nie szło mi malowanie ich...byłam pełna niechęci, dłonie miałam wypalone przez sól, ciasto przyprawiałam łzami, by było jeszcze bardziej słone...Ale ja waleczna jestem i postanowiłam się nie poddawać, a co tam...
Nie ulepię tyle co zwykle, nie chcę mi się szukać potencjalnych nabywców, ale bez moich aniołów nie było by w domu atmosfery świątecznej, nie wyobrażam sobie w sumie, że nie poczułabym ich cudownego ciepłego zapachu gdy za oknami śnieg...Piekę więc edycję limitowaną, ograniczam się do 30 chyba ;-).
W domu pachnie niebem i pieczonym chlebem :-).
 Lu piecze swoje aniołeczki i asystuje przy malowaniu moich.
Moje anioły są wszędzie, ponoć zawędrowały za granicę również. Robiłam różne, dla dorosłych, dziecięce, kolorowe, bajkowe, małe, duże, z muszlami, na koniku, na chmurce, muzyczne i jedną diablicę anielicę.
Idą święta, przynajmniej u mnie w domu nimi pachnie.
Pachnie niebem i pieczonym chlebem...
Zabawne jak ludzie kochają anioły. Wierzą, że ochronią ich przed złymi mocami chyba ? I chyba tak jest troszeczkę w tym prawdy, przynajmniej ja w to wierzę. Wiem to dziecinne i naiwne, ale w coś trzeba wierzyć. mam ich w domu dużo, wszystkie te kulawe, których nikt nie chciał, bo nieładne, bo popękane, bo nie takie...Wszystkie przygarniam, zostają ze mną i śmieją się z ludzi, którzy je odrzucili bo są inne. Chronią mnie, czuwają nad moją bezsennością, w tym roku będzie ich więcej niż zwykle, tych nieudaczników, dziwaków, tych niekochanych...

Aniele nie mój...
Nie otulaj mnie skrzydłem...
Nie tego pragnę...
Ciasno mi w tym ...

Milczysz do mnie buzią z ciasta...
Pogardliwie spaloną na popiół...
Twoje ciało z soli mych łez...
Ulepione niezdarnie...

Kikuty połamanych skrzydeł...
Sterczą obrażone...
Szczyptą gwiezdnego pyłu...
Nie przekonam Cię do siebie...

Milczysz do mnie buzią z ciasta...
Zmarnowałam kolejną szansę...
Niby przepis był prosty a...
Źle dobrałam proporcje..

do diabła z tym...

czwartek, 18 listopada 2010

między jawą a snem...

Sny miewam dziwne, prorocze, koszmarne, erotyczne, kolorowe, o lataniu, czarno białe. Śni mi się rzeczywistość, która się wydarzy jutro, śnią mi się moje lęki, marzenia rzadziej. Miewam sny niespokojne, chaotyczne, seryjne, niektóre się niestety powtarzają i są to te z gatunku najgorszych, sny, które dzieją się miedzy jawą a snem, między nocą a dniem, na granicy światła i cienia na granicy dwóch światów. Czuje w nich zapachy, mogę namacalnie kogoś dotknąć, rozmawiać z nim, a najgorsze jest to że ludzie których wtedy widzę dotykają mnie, czuje ich zimne lub ciepłe dłonie na swoim ciele, ich oddechy na swojej twarzy, ich ciężar na swoim ciele.

 Jako mała dziewczynka miewałam je regularnie. Budziłam się nad ranem zazwyczaj w okolicach czwartej lub piątej godziny, czując czyjś dotyk, ciężar, obecność... Siadałam na  łóżku, a w jego nogach siedzieli oni lub one, parami lub pojedynczo. Nie były to straszne postaci, przynajmniej kiedy byłam dzieckiem, często czułam ich oddechy na swojej twarzy, niecierpliwe dotykanie, szarpanie za rękaw, głosy, głuche lub bardzo dźwięczne zawsze były uprzejme, smutne, tęskniące, puste oczy bez wyrazu.  Pięknie ubrane, czysto, stroje jakby wykrochmalone, sztywne, kartonowe.

Ale były też momenty, których nie zapmne bo napawały grozą i budziły niekłamany lęk, jakieś ręce zimne, silne żelaznym uściskiem dusiły mnie, kładły się na mnie, kokosiły, złośliwie uśmiechając się, zamykałam wtedy oczy i udawałam, że ich nie ma... Czasem znikały a czasem nie...

Widziałam je potem odległe, schowane za drzewami w moim ogrodzie, ich niemierzone rzesze upodobały sobie zwłaszcza moją ukochaną jabłoń z sekretną dziuplą. Krążyły wokół niej , topiły swoje dłonie w bezmiarze, rozpływały się we mgle...
Czy były to duchy, nie wiem, chyba nie, czasem nazywa się je zmorami, to chyba były one...
Duchy a właściwie ducha widuje regularnie, to postać mojej babci Eugenii, która umarła w domu w, którym teraz mieszkam. Byłam przy jej śmierci, umierała praktycznie na moich rękach...Kończyłam podstawówkę i pamiętam, że miałam do niej ogromny żal bo nie doczekała mojego pójścia do liceum plastycznego. Umarła przed ogłoszeniem wyniku egzaminów, a tylko ona we mnie wierzyła, tylko ona mnie wspierała w mojej decyzji. Widuje ją często kiedy krążę nocą po mieszkaniu, siedzi na TYM miejscu, miejscu prababci, jej , mojej mamy i moim...A teraz ja walczę o to miejsce z moją Lu To miejsce kobiet, szczególne miejsce przy stole z widokiem na całą ulicę. Wszystkie kobiety w mojej rodzinie instynktownie wybierały to właśnie miejsce...

Właściwie to chciałam napisać o tym, że dawno nie miałam tych moich snów, snów na jawie. Cztery dni temu stało się i sen do mnie przyszedł, a właściwie to we śnie przyszedł On. Nigdy nie śniła mi się w ten sposób rzeczywista postać, którą znałam, nigdy i ten sen właśnie był przyczyną mojej ostatniej słabości...

 Sen...

Była noc, ciemna i trochę mglista, jakby nie mogła się zdecydować jak właściwie zaistnieć, jaką szatę ubrać na ten jej czas. Spałam samotnie w moim wielkim łóżku, w mojej smacznej pomarańczowej sypialni, to był mocny sen, bez snów, głęboki, ciężki aż nie do zniesienia. Czułam przytłaczający ciężar grawitacji, przygniatający moje drobne ciało do materaca, boleśnie i bezlitośnie. Powietrze było geste, oddychałam z trudem, można było kroić je nożem i docinać po kawałku godziny do świtu.
Nagle usłyszałam pojedynczy dźwięk dzwonka, takie dryń, tylko jedna osoba tak dzwoniła zawsze do moich drzwi, potem cisza i drzwi otwarły się. Kroki na korytarzu, w salonie potem w zielonym pokoju, cisza, osoba która weszła do mojego domu stała teraz u progu mojej sypialni.
Zamknęłam oczy aż do bólu powiek, otuliłam się szczelnie kołdrą, byłam odwrócona tyłem do postaci, której obecność czułam każda komórką mojego ciała. Bałam się jak nigdy przedtem, byłam przerażona, ale ta nachalna obecność i oczekiwanie tej osoby bym się odwróciła spowodowały, że po prostu musiałam to zrobić.
 Najpierw jednak zapytałam - kto tam ?
 I wtedy usłyszałam ten głos, jego głos - to tylko ja, śpij spokojnie to tylko ja, przyszedłem się pożegnać...
 Boże wybacz mi, odpuść mi wszystkie moje winy, moją pychę, egocentryzm, ignorancję...
Na progu mojej sypialni stał On, ubrany jak zwykle, często tak chodził. Stał i uśmiechał się do mnie tym swoim uśmiechem, tym jedynym szczególnym...
Patrzyłam jak zaczarowana, stał dwa metry ode mnie i uśmiechał się, słyszałam jego oddech czułam ten zapach...Czas zdawał się nie mieć końca...Wypowiedziałam szeptem jego imię i zamknęłam oczy, kiedy je otworzyłam powitała nie tylko ciemność...

nie wiem , naprawdę nie wiem...
co to było, dlaczego...?
nie mam od niego rzadnych wieści od kilu tygodni, nie wiem czy żyje, czy jest zdrowy nic...
zniknął, ja też co prawda nikogo nie pytam, nie mogę...
 nie...
To tylko sen, powtarzam sobie tylko głupi sen...
Tak tylko dlaczego miałam go znów tej nocy...?
Identyczny...
Ciekawe czy kiedy dzisiaj On do mnie znów przyjdzie i ja nie zapomnę zamknąć oczu, będziemy mogli w końcu porozmawiać, tak po prostu ?
Ciekawe ?

właściwie tylko tego bym chciała, słów...
niczego więcej, jak zwykle, słów, które tak pięknie pachną...

poniedziałek, 8 listopada 2010

sztuka życia...

Byłam wczoraj w teatrze, Zmierzch bogów, spektakl oparty na filmie Luchino Viscontiego z 1969 roku. Jestem wstrząśnięta, zauroczona, zniesmaczona, zaczarowana, przerażona...
Tyle emocji, tak różnych, że trudno to opisać. Spektakl opowiada historię upadku rodziny von Essenbecków, nie tak jak w filmie, akcja dzieje się współcześnie. Namiętności, zgnilizna i fanatyzm, walka o władzę i zniewolenie jednostek dążących opętańczo do destrukcji i zgłady innych jednostek tak namacalna, że aż bolesna.

Spektakl był kontrowersyjny, wyrazisty, szokujący, epatował okrucieństwem, zezwierzęceniem, nichilzmem. Nagość, sugestywne sceny gwałtu (zwłaszcza ta butelką,), aktów seksualnych, kontrastowały z niewinnością biegających po scenie dzieci, ich czystością co jeszcze potęgowało efekt grozy. Nadzy aktorzy uprawiający sex i dziewczynki całe w bieli bawiące się balonami gigantycznych rozmiarów niczym bańki tlenu, smoła i powietrze, zestawione razem budziły mój zachwyt i niepokój. Siedziałam jak zaczarowana, spektakl był tak doskonały plastycznie, pełen obrazów, smaków i zapachów, że aż czuło się w powietrzu zapach krwi i spermy, przemieszany z wonią perfum postaci kobiecych, pachniało też strachem, przerażeniem prawie i nieskazitelną aurą dziecięcego świata zbrukanego przez rzeczywistość, dewiacje, rozpacz.

Ja siedziałam ale wielu wyszło, ludzie opuszczali widownię , pospiesznie uciekając do swojego bezpiecznego świata seriali telewizyjnych, moje miasto nie udźwignęło tego spektaklu, tego całego namacalnego gówna wylewającego się ze sceny. To było piękne i przerażające jednocześnie, raziły jednak momenty dłużyzn w monologach i zbytnie dopowiedzenie pewnych kwestii. Za mało dla mojej wyobraźni, wszystko mi podano jak na tacy, niestety. Tego było faktycznie za dużo, sztuka była tak ciężka, że po trzy godzinnym siedzeniu i chłonięciu jej wszystkimi moimi nerwami, miałam je poranione, wybebeszone na zewnątrz i czułam się zgwałcona, zbrukana tym co zobaczyłam.

 Mam mieszane uczucia, nie wiem czy więcej we mnie zachwytu nad przepiękną plastycznością niektórych scen, przejmująca muzyką i prawdziwością niektórych wypowiedzianych, prawie wyrzyganych na mnie słów, czy więcej przygnębienia i strachu przed tym światem, który tak naprawdę dzieję się tuż obok nas, w każdej chwili, za ścianą, w ciemnym zaułku i rzęsiście oświetlonym pasażu handlowym. Bród i smród życia wypowiedziany do bólu prawdy o nim...
Czy polecam , pewnie, że polecam to nie zapomniane przeżycie ale tylko dla widzów o mocnym kręgosłupie i trochę choć oczytanych czy wyoglądaych, bo wiele tam było cytatów i odnośników. Moje miasto nie udźwignie tej wersji wydarzeń, miasto w którym dzieci zapytane o galerie, które znają odpowiedziały bez mrugnięcia okiem -Karolinka, Solaris, Piastowska. O biedny piastowski grodzie, o biedni ludzie...

 A może właśnie szczęśliwi, mam mieszane uczucia, ale zapraszam do mojego miasta, zobaczcie ten spektakl życia chociażby po to by wiedzieć jak nie należy żyć, jak nie można żyć, jak ludzie mogą być twórczy w swoim czynieniu zła...zapraszam za jedyne 35 zeta od łebka, zobaczycie to co dzieje się za waszymi bezpiecznymi szybami teraz, w tej chwili, zobaczycie to czego boicie się dostrzec...
 straszne, być może, ale to prawda, straszna prawda...

PS. Kocham teatr, to było swojego czasu moje życie, alternatywie...
Czy wystawiłam sztuce laurkę, no nie wiem, teatr w moim mieście zasłynął raz, jedyny, sztuką pt. Matka Joanna od aniołów, tak to był majstersztyk. Zespół jest średni choć trafiają się perełki takie jak odtwórca głównej roli męskiej w Zmierzchu bogów, Martin był wygrany tak, że w życiu nie chciałabym go spotkać w realu, matko boska ten aktor nie gra on jest Martinem, łoł !!!!
 No i nie lubię łopatologii, wolę sama pomyśleć. Ale i tak było fajnie, kontakt ze sztuką jest porównywalny w mojej skali przyjemności z orgazmem
Pozdr. orgastyczne ;-)

środa, 27 października 2010

...

Tyle piękna wokół mnie...Tyle kolorów, zapachów, ukochana jesień.
A ja wciąż nie byłam na moim wymarzonym spacerze, wciąż i już chyba nie pójdę, nie tej jesieni. Jakoś nie mogę się zmusić, jestem jakaś potrzaskana, rozbita i nie mogę tego skleić, narazie. Wiem, rozsądek podpowiada, że to minie, przyjdzie zima i zmrozi mnie w lodowym uścisku...Nawet słowa mi się nie zaplatają ostatnio, gorzka jestem bardzo, słodycz topię w czerwonym wytrawnym winie...
Wiem, rozsądek podpowiada, krzyczy do mnie, ale serce szepcze, zdrajca, podjudzacz, że to nie mój sezon, że wszystko stracone, że zmarnowałam to, straciłam bezpowrotnie coś na czym mi zależało najbardziej na świecie, że to moja wina...
 Jakoś nie mogę się odwrócić, przenicować na słoneczną stronę, nie mogę się odwrócić...
Powinnam pójść za radą, którą tyle razy słyszałam i powiedzieć sobie, pier.... to, ale to też mi jakoś nie wychodzi...Trudno, poczekam na zimę i wszystko zostawię w jej dłoniach.
PS. Jutro będzie lepiej, napewno...jak zwykle optymistka ze skłonnością do neurozy, oj tam...;-)

niedziela, 24 października 2010

dziś

Mogłabym w sumie napisać, że życie jest do d..., że k.... mać, mogłabym, bo to w sumie prawda...
ale mam jak zwykle wątpliwości ;-), ja i moje wierne przyjaciółki wątpliwości, mogłabym opisać dzisiejszy dzień w samych "superlatywach", ale tego nie zrobię.
Tak wiele się dzisiaj wydarzyło, jadłam na przykład pyszny tort bezowy, który przyprawił mnie o istny orgazm kulinarny,szkoda, ze tylko ;-), kupiłam Lu piękne biurko, moja koleżanka ma się dobrze po operacji, moja jedyna przyjaciółka, cóż u niej nie najlepiej, świeciło piękne słońce, jesień rozzuchwaliła się całkiem, śmiałam się dzisiaj i płakałam, mój prawie były mąż okazał się prawdziwym przyjacielem i oazą spokoju kiedy przeprowadzałam kolejną "akcję ratunkowa" i próbowałyśmy lepić z H. z gówna porcelanowa laleczkę.
Postanowiłam śmiać się przez łzy i płakać ze śmiechu, nie mam czasu na depresje, po prostu nie mam, uczę się żyć bez miłości, stłumiłam ją w sobie, wyrzuciłam z serca i umysłu, całkowicie jest de mode.
Wywietrzyłam wszystkie pokoje moich uczuć, wymyłam do zieleni zapomnienia szyby w wielkich oknach moich oczu, ciało mam poranione od szczotki nie dotykania...
Nigdy nie pozwolę sobie już na to by być prawdomówną, szczerą, by ujawnić to co czuję, nikt, naprawdę nikt chyba nie wie jak to boli, bolało... bo wymyłam zęby do czysta, wyczyściłam je moją srebrną niteczką szczęścia aż się przetarła do bólu dziąseł. Już nie mam nic, bo niczego już nie chcę, koniec. Uśmiecham się w sobie, czysta, biała, zielona i czarna. Stoję prosto, kręgosłup mojego życia zaśrubowany żelaznym pancerzem zdecydowania by już nigdy nikt i na zawsze... Tak postanowiłam i tak zrobię.
Tylko te cholerne wątpliwości...
Jest bowiem głęboko, w najodleglejszym zakamarku mojego ja, jedno miejsce, pokój, do którego nie odważyłam się wyrzucić klucza, bo właściciel tego miejsca na to nie zasługuje, mimo wszystko, obiecałam mu to, a ja zawsze dotrzymuje słowa. To jego azyl, ja nie mam na to wpływu, mogę po prostu tam nigdy nie wchodzić i tyle...
Wysokie okna, jasne ściany w perłowym odcieniu, wielkie łóżko z białą pościelą, drewniana ciepła w dotyku podłoga, kryształowy żyrandol pięknie odbijający światło, za oknami widok na morze i port...

Tak dzisiejszy dzień, był piękny, szkoda ,że ...
Ach nie, nie myślę o tym teraz, pomyślę o tym jutro...

Uśmiecham się więc i z pod pół przymkniętych powiek, soczysta zieleń moich oczu obserwuje rozwój wydarzeń chłonąc każdą chwilę, dotykam ją leciutko opuszkami palców, pocałunek na dobranoc...
Idę spać...