istnieje taka psychologiczna teoria, że człowiek by przeżyć potrzebuje określonej liczby głasków...
Krótko mówiąc, do życia potrzebny nam jest dotyk drugiego człowieka. Podobno nie wystarczająca liczba głasków, dotykania, u niemowląt jest przyczyną powstawania autyzmu, to tylko teoria.
Małe dzieci pragną dotykania matki. Ciepło jej ciała uspakaja je, najlepiej nagiego, by czuło jej zapach. Potem kiedy dorastamy do pewnego momentu też zabiegamy o tego typu kontakt, bezpośredni, cielesny. Tworzy się wtedy mocna więź uczuciowa, pomiędzy dotykającymi się ludźmi.
Dzieci starsze, w szkolnym okresie, zaczynają tego unikać. To przyczyna stresu dla nich, gdy matka próbuje je przytulać, obejmować, całować. To dla nich straszny kłopot. Więź się rozluźnia, przyjmuje inną postać, przechodzi na inny poziom. Nastolatki namiętnie próbują na nowo odkrywać tajemnice dotyku, ale już między sobą, szukają pierwszych kontaktów cielesnych z zupełnie innych przyczyn, podobnie jak ludzie dorośli.
Dotyk dorosłości wiąże się z sexem, z intymnym, najgłębszym kontaktem cielesnym jaki może nawiązać dwoje ludzi. Niekoniecznie związane jest to z uczuciami, z miłością. Po prostu chcemy zaspokoić swoją rządzę, przeżyć przyjemność i tyle...
Dlaczego to piszę ?
No cóż...
Zawsze unikała dotyku, jako dziecko nienawidziła przytulania, głaskania, całowania. Uciekała przed tym, jej mama miała z tym poważny problem, była trochę jak autystyczne dziecko. Jako bardzo młoda osoba, też miała z tym problemy. Wkroczyła w dorosłość i odkryła tajemnicę swego ciała dość szybko,( 12 lat),ale tylko po to by zaspokoić swoją nie okiełznaną ciekawość. Kiedy ją zaspokoiła to przechodziła z tym do porządku dziennego i szukała dalszych podniet. Nie interesowała ją sfera uczuciowa, dopóki się nie zakochała.
Tak znacie to...
Pierwsza miłość. Liceum.
D. był jej "wszystkim", całym światem. Pięć lat i nic...nie mogła, nie potrafiła się przełamać, tak mocno była zaangażowana, że bała się zranienia. I krążyła wokół niego długie lata, a on wokół niej. Byli, jak to nazwać, przyjaciółmi. Napięcie erotyczne między nimi było tak mocne i gęste, że można było je kroić nożem. Ona spotykałam się z innymi, on też...By je rozładować. Gdy byli razem tylko rozmawiali, czasem całowali się, pijani na imprezach. Rysował jej nagie ciało, ona jego...Godzinami poznawali się na papierze rysunkowym, odkrywali intymne części ciała. On pieścił jej piersi węglem, ona jego penisa ostrym H, czasem HB. Drażnili się na wzajem. Potem śmiali się z tego opowiadając sobie w jego wynajentym pokoju, swoje przygody erotyczne. Zawsze razem, nierozłączni, wiecznie nie spełnieni...Przestrzeń między nimi zapełniali słowami, zagadywali swoje pożądanie. Krzyczał na nią pijany - Zabijasz mnie swoją obojętnością. Muszę się onanizować przed twoimi portretami by cię mieć...
Wzruszała ramionami. Szła do do innego by ugasić żar swojego ciała. Kolorował pastelami ciała innych dziewczyn, ona czarnym tuszem swoje serce.
Szkoła się kończyła, ostatnie egzaminy, wiedzieli, że już tak dłużej nie można, on miał jechać do Krakowa na Akademię Sztuk Pięknych, ona do Poznania na arhitekturę. I stało się...impreza, oboje pijani, zatrzymał ją w drzwiach, natrętnie wpychając język w jej usta. Zaciągnął ją do pokoju - Teraz cię narysuje naprawdę, moja piękna...Uległa, jego miękkie dłonie błądziły pod bluzką, wyłuskał jej drobne piersi i gryzł sutki. Nie opierała się, zamknęła oczy gdy wszedł w nią i ukołysał w swoich ramionach. Biodra obijały się o siebie - Jaki on kościsty -pomyślała- Chudy... Miękkie usta otulały, jej wnętrze. Jego oddech pachniał nią i farbami olejnymi, tak słodko.
Cóż...po wszystkim, kiedy spał, uciekła, bez śniadania do łóżka. I postanowiła nigdy się do niego nie zbliżać. Emocje, które nią targały były tak mocne, że rozsadzały ją od środka, myślała że umrze. Nie umarła, bo tak szybko się nie umiera. On wyjechał i nigdy więcej go nie zobaczyła. Dowiedziała się później od kogoś, że złamała mu serce...ołówkiem HB.
Ona pod sercem nosiła jego dziecko, przez moment...piękne i pastelowe...
Nie potrafiła, inaczej nie mogła. Myślała wtedy - A jak mnie zrani, zostawi, będę mu obojętna...
Wolała sama odejść, choć wszystko w niej krzyczało z tęsknoty za nim. Wtedy coś w niej umarło, nie tylko dziecko... Założyła swój pancerz ochronny, który porasta jej ciało do dziś. Postanowiła, że nigdy nikogo nie pokocha, że nigdy nikogo do siebie nie dopuści, że nie pozwoli by ktokolwiek, kiedy kolwiek dotarł do niej, do jej wnętrza.
Wyszła za mąż, bardzo wcześnie. Zrobiła to z różnych przyczyn, niekoniecznie z miłości. Musiała uciekać z domu. Przed ojcem pijakiem, matką obojętną na siniaki na jej ciele, kiedy ojciec okładał ją pięściami. Spuchnięte oczy, bez kropli łzy, krew...
Wyszła za mąż. Poznała go kiedy miała 16 lat. W sumie to byli przyjaciółmi. On był bezpieczny, wiedziała, że on jej nie zrani. Nie było z jej strony tego uczucia. Więc pomyślała, że to może się udać...
Był to swojego rodzaju układ.
Nie zaprzeczała, kiedy ją o to pytałam, próbowała...
Starała się z całych sił, wiele lat...
Zamknęła się na przeszłość, potem na przyszłość aż umarła w niej i terażniejszość. Przestała cokolwiek czuć, czymkolwiek się interesować, poświęciła wszystkie swoje pasje by wzbudzić w sobie uczucie, by pokochać, by im się udało.
Myślała, że jak zrezygnuje z siebie do końca, jak zabije w sobie siebie, swój irracjonalny strach, przed dotykiem i zranieniem to pokocha go i będzie szczęśliwa. Nic bardziej mylnego. Wszystko się w niej zapadło, umarło, on się nawet nie zorientował... Nigdy przecież z nią nie rozmawiał. Bo po co ? Była taka idealna, cudowna, mądra, inteligętna i interesująca. Czytała ponad czasowe książki, oglądała niepokojące filmy, brylowała w towarzystwie, była jego gwiazdą. I nikim poza...
Dawała z siebie tyle ile mogła, gotowała, sprzątała, prała, nawet przytulała, dotykała, ale wciąż jakby obok. Chciał by była taka jaką on sobie wymarzył, śmiejącą się, radosną, chętną kochankę, na każde zawołanie, zawsze gotową do dotykania. Zawsze i w każdej sytuacji. To było najważniejsze, ten dotyk. Miała być interesująca, to była, miała być twórcza, tworzyła, radosna, śmiałą się do bólu w kącikach gorzkich ust.. Kiedy płakała, złościł się, był obojętny, wychodził. wiec przestała płakać, z resztą nigdy tego nie umiała robić, próbowała się dla niego nauczyć, myślała, że to pomoże, że wtedy dostrzeże w niej ją, a nie piękny przedmiot pożądania.
Tęskniła nie przespanymi nocami za rozmowami, za słowami, za tą namiętnością i pasją która ogarnia kobietę gdy patrzy na dłonie ukochanego mężczyzny i pragnie tylko na nie patrzeć. Śledzić ich skąplikowany taniec gdy opowiada o czymś zapominając o wszystkim...Za zapachem, który wypełnia przestrzeń gdy ON wchodzi do pokoju i pragnęła tylko go czuć w swoim wnętrzu. Tęskniła za gorącym ciałem, które czuje się przez JEGO ubranie gdy siedzi obok niej. I tak bardzo go pragnęła pragnąć, że rosło by w niej to pożądanie na samą myśl, że JEGO dłoń, biała jak śnieg, przez moment dotknie jej dłoni, gdy odpalałby jej papierosa. I, że tej dłoni nie cofnie gdy ona delikatnie ją muśnie, nieśmiało. Za spacerami wśród opadających liści, milczeniem w zawieszeniu, niewymuszonym. Za JEGO ustami, błyskiem smutnych oczu koloru miodu... Za JEGO ustami, które przecałuja jej ciało, pewnej nocy, niechcący z zaskoczenia., nie dotykając jej ust.
Mąż kochał ją, nie zaprzeczała, dbał, dopieszczał, płacił rachunki, spełniał zachcianki. Była jednak tylko jego własnością, małą laleczką, nie kobietą, dzieckiem zagubionym we mgle, które trzeba za wszelką cenę chronić, zamknąć w złotej klatce. Kiedy trzepotała się jak ptak, kiedy próbowała walczyć o swój margines, tłumaczył tonem mentora, że jej to szkodzi, że nie wypada, że nie powinna.
Powinna, musiała być taka, nie taka, inna. Próbowała, zmieniała maski tysiące razy, grała w różnych konfiguracjach, Nie pomagało, kończyło się źle. Przestała, pancerz rósł, łuski smoka błyszczały opalizującą zielenią, błyszczały w słońcu wypolerowane do bólu, nie jej, tylko tej wymarzonej, wychcianej, nierealnej kobiety...Nie jej..
Dziecko. Pojawiło się, myślała, że w końcu stanie się taka...jak trzeba.
Krzyczał, - Kochasz ja bardziej niż mnie, jestem na końcu...
- Chodz kochaj mnie a nie ją, tą twoją córkę, dotykaj mnie a nie ją...
Córka, płakała, taka malutka. Spała z nią, bo ten dotyk...dziecku był tak potrzebny.
Dotyk jej ciała, smak jej piersi...
Był zły na nią. Mawiał - Wracaj do łóżka i daj mi to czego ja potrzebuję, dorośnij w końcu, płać rachunki, wydawaj pieniądze z głową, nie bujaj w chmurach, ugotuj, wyprasuj, zapuściłaś się, zadbaj o siebie, jak ty wyglądasz, jak ty myślisz, nie patrz w okno, gadaj ze mną, idź, stań, połóż się, nogi szeroko, na bok, dlaczego ty nie masz orgazmu, może psychiatra ci pomoże, lecz się...
Zostaw to dziecko, kochaj tylko mnie...dotykaj jak dotykasz ją , czule...
Dlaczego nie malujesz, dlaczego nie rysujesz, masz talent, nie czytasz już niczego, nie spotykasz się z naszymi znajomymi, wyjdźmy do ludzi, uśmiechaj się, dorośnij, myśl, nie marnuj czasu, ciągle patrzysz w okno, co ty tam kobieto widzisz...za tymi szybami...
Ten cholerny komputer, co tam piszesz, nie pisz, pisz bo masz talent, głodny jestem, znowu nie ma obiadu, nie zrobiłaś zakupów, nie gap się w to cholerne okno, rozmawiaj ze mną, wiozę cię nad to pieprzone morze a ty piątą godzinę milczysz, wyjdź do ludzi, jesteś obca, zimna...suka...kurwa, zmarnowałaś mi życie...kocham cię...
Potok jego słów ją zalewał, jak lawa. Dusił brakiem zrozumienia.
Nie mogła...
Dotyk...
Umarł w niej, całkiem...
cdn.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mad. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 24 stycznia 2011
sobota, 15 stycznia 2011
tylko pierwsze danie...
Podobno mam coś o sobie napisać ?
Publicznie !!!!
W necie ;DDDD
I ktoś to będzie czytał...
No nie wiem :DDDD
Trochę się wstydzę, bo ja nieśmiałą jestem...
I żeby tak zaraz z grubej rury, całą prawdę...
Intymnie...
Boszeeee
Zabawne jakoś parę dni temu pisałam o sobie komuś...
Całą prawie prawdę, prawie bo coś muszę zostawić na drugie i deser, kolację i śniadanie do łóżka...
Więc właściwie będzie to jakby zupa, taki mix , bo do zupy wrzuca się różne śmiecie i wtedy jest najsmaczniejsza...choć ja nie przepadam...
Proszę o to kilka śmieci na mój temat, trochę bez składu i ładu i nie w 10 punktach , wybaczcie.
Nigdy nie kłamię, przez to mam same kłopoty. Jestem obowiązkowa i punktualna, szczera czasem do bólu, to też jest przyczyną moich kłopotów, zawsze staram się dotrzymać danego słowa i to się dla mnie źle kończy.
Gotuję, sprzątam, piorę, jestem profesjonalna w pracy. Nie cierpię prasować, nie jestem głupio zazdrosna, krzykliwa, lubię się śmiać, potrafię milczeć i słuchać, dużo mówię i czytam. Potrafię uszyć koszulę i spodnie, sukienkę też. Narysować akt damski i męski, ulepić anioła z masy solnej.
Nie mówię po angielsku, jestem denna z matmy, nie mam ciała super modelki, nie prowadzę auta, bo się boję, choć mam prawo jazdy.
Nie mam cycków jak balony, mam dłonie o mega długich palcach jednak nie potrafię grać na kompletnie żadnym instrumencie, mam pełne, namiętne usta, uwielbiam dawać prezenty.
Kocham moje dziecko, teatr, lubię operę, balet i muzykę wogóle. Lubie rośliny i zwierzęta, kolor srebrny, czarny i biały. Ubieram się raczej klasycznie, lubię piękne zapachy.
Moim marzeniem jest mieszkać nad morzem, nie śpię w czasie pełni, miewam prorocze sny, tęsknię za pocałunkami, uwielbiam podróżować, jestem egocentryczna i neurortczna. Palę papierosy, nie piję alkoholu, jestem łatwowierna, lubię łososia, gorzką czekoladę mam jedną przyjaciółkę, czasem histeryzuje i ulegam emocją, których nie kontroluję. Jestem strasznie ciekawska i nie umiem podjąć ryzyka, jestem niecierpliwa. Umiem się posługiwać piłą tarczowa, chciałam być aktorką, chcę zobaczyć morze zimą i napisać książkę itp itd
Co ja mam jeszcze dodać ??? A chyba teraz muszę wywołać kogoś do tablicy, bo na tym ponoć gra polega ;DDD, no dobra, strzelam i trafiam w :
La bruja loca
LOVE...
Kulawego Anioła
Ellemo
Słodko- winną
Yo
Bosego Antka
Miało być zdaje się siedem osób, ale ja kiepska z matmy jestem :DDDDDD
Troszkę to z przymrużeniem oka ;-)
Przepraszam też adresata listu, za to że pozwoliłam sobie wykorzystać niektóre fragmenty :DDDD
Publicznie !!!!
W necie ;DDDD
I ktoś to będzie czytał...
No nie wiem :DDDD
Trochę się wstydzę, bo ja nieśmiałą jestem...
I żeby tak zaraz z grubej rury, całą prawdę...
Intymnie...
Boszeeee
Zabawne jakoś parę dni temu pisałam o sobie komuś...
Całą prawie prawdę, prawie bo coś muszę zostawić na drugie i deser, kolację i śniadanie do łóżka...
Więc właściwie będzie to jakby zupa, taki mix , bo do zupy wrzuca się różne śmiecie i wtedy jest najsmaczniejsza...choć ja nie przepadam...
Proszę o to kilka śmieci na mój temat, trochę bez składu i ładu i nie w 10 punktach , wybaczcie.
Nigdy nie kłamię, przez to mam same kłopoty. Jestem obowiązkowa i punktualna, szczera czasem do bólu, to też jest przyczyną moich kłopotów, zawsze staram się dotrzymać danego słowa i to się dla mnie źle kończy.
Gotuję, sprzątam, piorę, jestem profesjonalna w pracy. Nie cierpię prasować, nie jestem głupio zazdrosna, krzykliwa, lubię się śmiać, potrafię milczeć i słuchać, dużo mówię i czytam. Potrafię uszyć koszulę i spodnie, sukienkę też. Narysować akt damski i męski, ulepić anioła z masy solnej.
Nie mówię po angielsku, jestem denna z matmy, nie mam ciała super modelki, nie prowadzę auta, bo się boję, choć mam prawo jazdy.
Nie mam cycków jak balony, mam dłonie o mega długich palcach jednak nie potrafię grać na kompletnie żadnym instrumencie, mam pełne, namiętne usta, uwielbiam dawać prezenty.
Kocham moje dziecko, teatr, lubię operę, balet i muzykę wogóle. Lubie rośliny i zwierzęta, kolor srebrny, czarny i biały. Ubieram się raczej klasycznie, lubię piękne zapachy.
Moim marzeniem jest mieszkać nad morzem, nie śpię w czasie pełni, miewam prorocze sny, tęsknię za pocałunkami, uwielbiam podróżować, jestem egocentryczna i neurortczna. Palę papierosy, nie piję alkoholu, jestem łatwowierna, lubię łososia, gorzką czekoladę mam jedną przyjaciółkę, czasem histeryzuje i ulegam emocją, których nie kontroluję. Jestem strasznie ciekawska i nie umiem podjąć ryzyka, jestem niecierpliwa. Umiem się posługiwać piłą tarczowa, chciałam być aktorką, chcę zobaczyć morze zimą i napisać książkę itp itd
Co ja mam jeszcze dodać ??? A chyba teraz muszę wywołać kogoś do tablicy, bo na tym ponoć gra polega ;DDD, no dobra, strzelam i trafiam w :
La bruja loca
LOVE...
Kulawego Anioła
Ellemo
Słodko- winną
Yo
Bosego Antka
Miało być zdaje się siedem osób, ale ja kiepska z matmy jestem :DDDDDD
Troszkę to z przymrużeniem oka ;-)
Przepraszam też adresata listu, za to że pozwoliłam sobie wykorzystać niektóre fragmenty :DDDD
sobota, 1 stycznia 2011
ból fizyczny nie chemiczny...
Ignorowałam go, od dawna, nie zwracałam uwagi na żadne jego chytre zaczepki, od dłuższego czasu, na słodkie słówka, którymi próbował mamić moje ciało. Odwracałam się gdy nachalnie wzywał mnie do siebie, kiedy krzyczał wściekły, że go olewam...
Odpychałam go od siebie ze wszystkich sił... Walczył zaciekle o swoją własność, miażdżył moje kości czule je krusząc, obejmował żelazną obręczą niemocy...Twierdził, że kocha mnie najbardziej na świecie, że nigdy mnie nie opuści, że zawsze będę jego. Niczym zazdrosny kochanek strzegł mnie przed wolnością, jak twierdził dla mnie zabójczą. Zamykał w złotej klatce otumanienia karmiąc słodkimi pastylkami, po których w nocy nie mogłam spać, opętana hipnotycznie jego silnymi ramionami. Poił moje żyły srebrną igiełką, kropla po kropli wtłaczając w nie nektar zapomnienia...o wszystkim co realne...
Krążyłam potem tygodniami po domu niczym narkomanka szukając w nim ukojenia, oddychałam nim, tęskniłam do niego, pragnęłam by był przy mnie zawsze...
Byliśmy nierozłączni...kochankowie, zawsze ramię w ramię ciało przy ciele...Lecz pewnwgo dnia, kedy to pobił mnie do nieprzytomności umysłu, kiedy nie mogłam już leżeć, stać, siedzieć, przytulić Lu, postanowiłam go zdradzić, stać się zimną obojętną suką...
Nie reagowałam na jego listy, nie odbierałam telefonów...Kiedy wysyłał do mnie sygnały, znienacka bijąc mnie z całą mocą po twarzy, znacząc gwałtownie moje ciało tatuażami siniaków, śmiałam się tylko szyderczo, sycząc mu prosto w oczy - nienawidzę cię, wynocha, mam już kogoś innego...
Spierd....
Odszedł, uwierzył, że go już nie potrzebuję, że potrafię bez niego żyć, oddychać, funkcjonować...
Myślałam, że wygrałam, zwiodłam go...
Tak wiem nie postąpiłam z nim elegancko, tak znienacka zrywając, byłam podła, mógł czuć się urażony, opuszczony samotny...
tak wiem...
zimna suka ze mnie...
Długo się nie ujawniał, nie odzywał się...
Myślałam, miałam nadzieję, że o mnie zapomniał, cieszyłam się wolnością, mocą decydowania o sobie, o swoim ciele, oddychałam lekko i bez lęku , że mnie dopadnie...
jak ja się myliłam...
Dziś wrócił, zaatakował mnie, ze zdwojoną siłą, tylko się kurwa ukrywał, przegrupował siły...
Spryciaż jeden, skrytobójca...
wiem, czuje to, że mnie organicznie nienawidzi, że pragnie zemsty...
kiedy dziś leżałam i on kołysał mnie w swych twardych ramionach i sączył truciznę w moje żyły, też go znienawidziłam, zniekochałam go, znielubiłam do końca...
Boże nie modlę się do Ciebie bo w Ciebie nie wierzę, ale mam jedna prośbę zabierz go ode mnie, nie pozwól mu mną kierować, ochroń moje ciało bo duszę mam i tak straconą, ale przy najmniej ciało bym mogła iść bez niego, bez bólu, na sanki z dzieckiem, bym mogła wyprasować ubrania, bym mogła zrobić sobie herbatę kiedy poczuję pragnienie, bym mogła żyć, zakochać się, by ktoś mnie pokochał...
PS. za parę tygodni chciałam gdzieś jechać, pooddychać przestrzenią, podarować sobie trochę szczęścia, sobie i mojemu dziecku...to było i jest moje marzenie...
teraz nie wiem, boję się...trochę, podróży...
dlaczego tak się dzieję, że kiedy już kończymy bieg, wyczerpujący, morderczy, kiedy przebiegliśmy cały prawie dystans, widzimy bezpieczną przystań, czujemy zapach morza, wolność i przestrzeń...dopada nas, dopada mnie ten kurwa mać ból ????? Czy ja nigdy nie będę mogła...??? być wolna...
a z resztą zawalczę o to, o to marzenie...dam radę...co mi tam, choćby była to ostatnia rzecz, którą zrobię dla siebie, dla Lu, bo tak bardzo tego pragnę...pokonam go, pokonam mojego nieczułego kochanka, już mu się nigdy nie oddam, nie oddam mu mojego ciała...
zakocham się w kimś innym, tak jak postanowiłam...
i pojadę w moją podróż, pooddychać przestrzenią...
już lepiej, mniej boli, mogę pisać... : ))))))) jupi !!!!!
Pozdrawiam wszystkich w Nowym Roku, szczęścia i miłości ; DDDDDD, niech nic was nie boli !!!!!!
ach i to FIZIS cierpi nie psyche...
z moją psyche jest koncertowo super :-)
Odpychałam go od siebie ze wszystkich sił... Walczył zaciekle o swoją własność, miażdżył moje kości czule je krusząc, obejmował żelazną obręczą niemocy...Twierdził, że kocha mnie najbardziej na świecie, że nigdy mnie nie opuści, że zawsze będę jego. Niczym zazdrosny kochanek strzegł mnie przed wolnością, jak twierdził dla mnie zabójczą. Zamykał w złotej klatce otumanienia karmiąc słodkimi pastylkami, po których w nocy nie mogłam spać, opętana hipnotycznie jego silnymi ramionami. Poił moje żyły srebrną igiełką, kropla po kropli wtłaczając w nie nektar zapomnienia...o wszystkim co realne...
Krążyłam potem tygodniami po domu niczym narkomanka szukając w nim ukojenia, oddychałam nim, tęskniłam do niego, pragnęłam by był przy mnie zawsze...
Byliśmy nierozłączni...kochankowie, zawsze ramię w ramię ciało przy ciele...Lecz pewnwgo dnia, kedy to pobił mnie do nieprzytomności umysłu, kiedy nie mogłam już leżeć, stać, siedzieć, przytulić Lu, postanowiłam go zdradzić, stać się zimną obojętną suką...
Nie reagowałam na jego listy, nie odbierałam telefonów...Kiedy wysyłał do mnie sygnały, znienacka bijąc mnie z całą mocą po twarzy, znacząc gwałtownie moje ciało tatuażami siniaków, śmiałam się tylko szyderczo, sycząc mu prosto w oczy - nienawidzę cię, wynocha, mam już kogoś innego...
Spierd....
Odszedł, uwierzył, że go już nie potrzebuję, że potrafię bez niego żyć, oddychać, funkcjonować...
Myślałam, że wygrałam, zwiodłam go...
Tak wiem nie postąpiłam z nim elegancko, tak znienacka zrywając, byłam podła, mógł czuć się urażony, opuszczony samotny...
tak wiem...
zimna suka ze mnie...
Długo się nie ujawniał, nie odzywał się...
Myślałam, miałam nadzieję, że o mnie zapomniał, cieszyłam się wolnością, mocą decydowania o sobie, o swoim ciele, oddychałam lekko i bez lęku , że mnie dopadnie...
jak ja się myliłam...
Dziś wrócił, zaatakował mnie, ze zdwojoną siłą, tylko się kurwa ukrywał, przegrupował siły...
Spryciaż jeden, skrytobójca...
wiem, czuje to, że mnie organicznie nienawidzi, że pragnie zemsty...
kiedy dziś leżałam i on kołysał mnie w swych twardych ramionach i sączył truciznę w moje żyły, też go znienawidziłam, zniekochałam go, znielubiłam do końca...
Boże nie modlę się do Ciebie bo w Ciebie nie wierzę, ale mam jedna prośbę zabierz go ode mnie, nie pozwól mu mną kierować, ochroń moje ciało bo duszę mam i tak straconą, ale przy najmniej ciało bym mogła iść bez niego, bez bólu, na sanki z dzieckiem, bym mogła wyprasować ubrania, bym mogła zrobić sobie herbatę kiedy poczuję pragnienie, bym mogła żyć, zakochać się, by ktoś mnie pokochał...
PS. za parę tygodni chciałam gdzieś jechać, pooddychać przestrzenią, podarować sobie trochę szczęścia, sobie i mojemu dziecku...to było i jest moje marzenie...
teraz nie wiem, boję się...trochę, podróży...
dlaczego tak się dzieję, że kiedy już kończymy bieg, wyczerpujący, morderczy, kiedy przebiegliśmy cały prawie dystans, widzimy bezpieczną przystań, czujemy zapach morza, wolność i przestrzeń...dopada nas, dopada mnie ten kurwa mać ból ????? Czy ja nigdy nie będę mogła...??? być wolna...
a z resztą zawalczę o to, o to marzenie...dam radę...co mi tam, choćby była to ostatnia rzecz, którą zrobię dla siebie, dla Lu, bo tak bardzo tego pragnę...pokonam go, pokonam mojego nieczułego kochanka, już mu się nigdy nie oddam, nie oddam mu mojego ciała...
zakocham się w kimś innym, tak jak postanowiłam...
i pojadę w moją podróż, pooddychać przestrzenią...
już lepiej, mniej boli, mogę pisać... : ))))))) jupi !!!!!
Pozdrawiam wszystkich w Nowym Roku, szczęścia i miłości ; DDDDDD, niech nic was nie boli !!!!!!
ach i to FIZIS cierpi nie psyche...
z moją psyche jest koncertowo super :-)
środa, 29 grudnia 2010
marzenia z wyprzedaży...
Byłam na tych sankach, tyłek mi zamarzł na lodową kosteczkę, Justynka przeżyła, nie miałam serca spuścić jej do Odry.
Ogarnęło mnie jakieś zmęczenie, niemoc... Kiedy to ten Sylwester, za dwa dni ? Nie kojażę czy dziś środa, czy czwartek. Nie nawidzę nie chodzić do pracy, praca trzyma mnie w kupie, organizuje mnie. Bo tak to dni mi się rozłażą jak mrówki z obrazów Salvadora Dali, mrówki w kandyzowanym cukrze...
Koniec roku, nareszcie, jupi !!! To nie był dobry rok, zaczął się katastrofą a potem napięcie tylko rosło...
Sylwestra spędzę na Ginger, właściwie to spędzimy, ja i H. i nasze urocze wilczki. Szampan Piccolo w roli głównej, zrobimy tiramisu i spaghetti z łososiem. Ciekawe czy doczekamy do północy ? Ogień w kominku, fajki, piękne Sylwestrowe kreacje, piżamowo- dresowe wersje małych czarnych, perełki łez...oj no pereł nie będzie ;-).
Bez dramatyzmu i teatralnych gestów...
W myślach mam szary cement, ciało jak beton, w sercu pył i proch...
Ogarnia mnie niemoc...
Może to kwestia prasowania, nie cierpię prasować...
Pojedziemy jutro do sklepu, taki jest plan...
Wyprzedaże, szał zakupów...
Pragniemy nowej bielizny...
Jedyny luksus na jaki mogę sobie teraz pozwolić...
To marzenia, że jego dłonie kiedyś ją ze mnie zdejmą...
Niecierpliwie...
Ciekawe jaki kolor lubi ?
Nie znam go jeszcze wiec to będzie niespodzianka :-).
Na nic nie czekam...
W sumie to jest taka rzecz, której jestem ciekawa, ale to za kilka tygodni...
Uczę się cierpliwości...
PS. ach i może ktoś chce dołączyć do piżamowego Sylwestrowego party ?
Zapraszam :-), to może być ciekawe doświadczenie :-).
: DDDDDDDD
Ogarnęło mnie jakieś zmęczenie, niemoc... Kiedy to ten Sylwester, za dwa dni ? Nie kojażę czy dziś środa, czy czwartek. Nie nawidzę nie chodzić do pracy, praca trzyma mnie w kupie, organizuje mnie. Bo tak to dni mi się rozłażą jak mrówki z obrazów Salvadora Dali, mrówki w kandyzowanym cukrze...
Koniec roku, nareszcie, jupi !!! To nie był dobry rok, zaczął się katastrofą a potem napięcie tylko rosło...
Sylwestra spędzę na Ginger, właściwie to spędzimy, ja i H. i nasze urocze wilczki. Szampan Piccolo w roli głównej, zrobimy tiramisu i spaghetti z łososiem. Ciekawe czy doczekamy do północy ? Ogień w kominku, fajki, piękne Sylwestrowe kreacje, piżamowo- dresowe wersje małych czarnych, perełki łez...oj no pereł nie będzie ;-).
Bez dramatyzmu i teatralnych gestów...
W myślach mam szary cement, ciało jak beton, w sercu pył i proch...
Ogarnia mnie niemoc...
Może to kwestia prasowania, nie cierpię prasować...
Pojedziemy jutro do sklepu, taki jest plan...
Wyprzedaże, szał zakupów...
Pragniemy nowej bielizny...
Jedyny luksus na jaki mogę sobie teraz pozwolić...
To marzenia, że jego dłonie kiedyś ją ze mnie zdejmą...
Niecierpliwie...
Ciekawe jaki kolor lubi ?
Nie znam go jeszcze wiec to będzie niespodzianka :-).
Na nic nie czekam...
W sumie to jest taka rzecz, której jestem ciekawa, ale to za kilka tygodni...
Uczę się cierpliwości...
PS. ach i może ktoś chce dołączyć do piżamowego Sylwestrowego party ?
Zapraszam :-), to może być ciekawe doświadczenie :-).
: DDDDDDDD
wtorek, 14 grudnia 2010
samotność w domu złym :-)
W związku z komentarzami na temat filmu, który oglądałam wczoraj, chciałabym zapytać czy ktoś zwrócił uwagę na piękne obrazy, które były przez pewien moment tłem tej historyjki. Obrazy są piękne, chciałabym tak malować. Czysta, cudowna forma i oszczędność wyrazu, kolory nieba i morza. Kiedy się na nie patrzy czuje się jakby, się było właśnie tam gdzie teraz chciałabym być, najbardziej...
Patrząc na nie można poczuć wiatr od morza , jego smak, smak soli na skórze, zapach...
Są absolutnie doskonałe...
Samotny mężczyzna na pomoście...
Co mnie w tym filmie jeszcze poruszyło to tło muzyczne w pierwszej części...
No właściwie to wszystko i nie dziwię się, że film jakoś nie znalazł fanów :-), szkoda bo polskie kino bywa ciekawe, no może bywało...Pozytywnie zaskoczył mnie Dom zły, wstrząsnął mną, wyszłam z kina oszołomiona bezmiarem brudu i smrodu tego świata, namacalnym bardzo. Czułam go na skórze, pod nią, wszędzie...
Polecam. To nie banalna historyjka właśnie w stylu Samotności...
Mocne, dobre kino. Niektórych ludzi, z którymi rozmawiałam o nim zbrzydził, mnie popchnął do refleksji. Świetna rola Kingi Preis, tak różna od płaskiej i pozbawionej praktycznie sensu roli w Samotności, gdzie była tylko zbędnym dodatkiem, takim brzydkim ozdobnikiem, do Cieleckiej jak z porcelany. Takich kobiet nie ma, a jeśli są to miej nas boże w opiece :-), chodzi o kreacje Cieleckiej oczywiście :-).
Kinga natomiast w obrazie Dom zły, to majstersztyk, tzn. jej gra. Kapitalna aktorka. Grała całą sobą, grałą ciałem i wnętrzem, nie była sztuczna i drewniana.
Oj nie miałam dzisiaj pisać :-). O filmie Dom zły i paru dobrych polskich filmach chyba jeszcze napiszę, ale teraz lecę sprzątać, bo to mnie stawia do pionu :-), jak zwykle...
Patrząc na nie można poczuć wiatr od morza , jego smak, smak soli na skórze, zapach...
Są absolutnie doskonałe...
Samotny mężczyzna na pomoście...
Co mnie w tym filmie jeszcze poruszyło to tło muzyczne w pierwszej części...
No właściwie to wszystko i nie dziwię się, że film jakoś nie znalazł fanów :-), szkoda bo polskie kino bywa ciekawe, no może bywało...Pozytywnie zaskoczył mnie Dom zły, wstrząsnął mną, wyszłam z kina oszołomiona bezmiarem brudu i smrodu tego świata, namacalnym bardzo. Czułam go na skórze, pod nią, wszędzie...
Polecam. To nie banalna historyjka właśnie w stylu Samotności...
Mocne, dobre kino. Niektórych ludzi, z którymi rozmawiałam o nim zbrzydził, mnie popchnął do refleksji. Świetna rola Kingi Preis, tak różna od płaskiej i pozbawionej praktycznie sensu roli w Samotności, gdzie była tylko zbędnym dodatkiem, takim brzydkim ozdobnikiem, do Cieleckiej jak z porcelany. Takich kobiet nie ma, a jeśli są to miej nas boże w opiece :-), chodzi o kreacje Cieleckiej oczywiście :-).
Kinga natomiast w obrazie Dom zły, to majstersztyk, tzn. jej gra. Kapitalna aktorka. Grała całą sobą, grałą ciałem i wnętrzem, nie była sztuczna i drewniana.
Oj nie miałam dzisiaj pisać :-). O filmie Dom zły i paru dobrych polskich filmach chyba jeszcze napiszę, ale teraz lecę sprzątać, bo to mnie stawia do pionu :-), jak zwykle...
piątek, 19 listopada 2010
ten jedyny raz o miłości...
pełnia, nie dostrzegam jej...
mam oczy zamglone Tobą...
pełnia, księżyc inkrustuje moje myśli srebrnym kurzem...
pełnia, nie dostrzegam jej...
oczy zlepione słodyczą kłamstw...
pełnia, wy powiedziałam te wszystkie słowa i teraz wybacz...
wypełnia mnie całą...
blade powieki, rośnie pod nimi niemoc...
srebrny kurz piecze boleśnie, niewygodnie mi z samą sobą...
wypełnia mnie całą...
pragnienie, staje się nieznośne...
wypije zatrutą wodę z białych jak śnieg dłoni , bez żalu...
otulam się ramionami...
ciasno, wiążę moją samotność...
by poczuć czyjąś bliskość, nawet tak obcą jak ja sobie sama...
ciepło ma smak...
zimna tarcza księżyca pachnie intensywnie...
podobno tam byli jacyś ludzie, słyszę jak mówią drwiąco dobranoc...
Myśli jak robaki, toczą moje życie, uparcie zżerają czas po kawałku. Trują mój zdrowy rozsądek, fermentem swych odchodów.
Większość z nich umiera krztusząc się zbyt twardym kawałkiem mojej duszy. I dobrze się dzieje. Tysiące chitynowych pancerzyków. Buduję z nich moją tarcze obronną. Z martwych resztek ich wątłych ciałek, postanowiłam zaprojektować sobie sukienkę, na pożegnalną randkę z nieznajomym.
Mienią się tęczowym blaskiem, wypolerowanym do głębokiej czerni. Jeszcze perły jak mleczne ząbki śmiejącego się dziecka, otulą moją szyję aż do utraty tchu. Aksamitny tusz z tendencją do płaczu, wyostrzy spojrzenie głęboką zielenią...
Przykuwam, uwagę, szpilkami ze smoczej skóry. To moja jedyna ekstrawagancja w całej klasycznej pozie. Nie pomalowane usta kuszą obnażonym wstydem. To moje jedyne odstępstwo od reguły dobrego smaku. Pachnę dojżałą słodyczą melona zgodnie z zasadami gry, kobieco, smacznie do zjedzenia na jeden kęs łakomego robaka...
Żadnych okruszków, ani plamki, mała kosteczka z niesmakiem wypluta w gniewie wypowiedzianych słów- nie obarczaj mnie sobą...zbruka bielą czarny asfalt przed jadłodajnią, którą odwiedzimy...
Zdziwiona patrzę na Ciebie, przecież ja tak niewiele ważę. Moje ciało jest nieważkie, zżarły je robaki, puste jak balon. Nie śmiałabym być niczyim ciężarem, nie chciałabym być twoją porażką. Unoszę się ponad to, zobacz, dumnie szybuje prosto w sine niebo...
Czarny asfalt całuje deszcz, bo to jesień przecież..
mam oczy zamglone Tobą...
pełnia, księżyc inkrustuje moje myśli srebrnym kurzem...
pełnia, nie dostrzegam jej...
oczy zlepione słodyczą kłamstw...
pełnia, wy powiedziałam te wszystkie słowa i teraz wybacz...
wypełnia mnie całą...
blade powieki, rośnie pod nimi niemoc...
srebrny kurz piecze boleśnie, niewygodnie mi z samą sobą...
wypełnia mnie całą...
pragnienie, staje się nieznośne...
wypije zatrutą wodę z białych jak śnieg dłoni , bez żalu...
otulam się ramionami...
ciasno, wiążę moją samotność...
by poczuć czyjąś bliskość, nawet tak obcą jak ja sobie sama...
ciepło ma smak...
zimna tarcza księżyca pachnie intensywnie...
podobno tam byli jacyś ludzie, słyszę jak mówią drwiąco dobranoc...
Myśli jak robaki, toczą moje życie, uparcie zżerają czas po kawałku. Trują mój zdrowy rozsądek, fermentem swych odchodów.
Większość z nich umiera krztusząc się zbyt twardym kawałkiem mojej duszy. I dobrze się dzieje. Tysiące chitynowych pancerzyków. Buduję z nich moją tarcze obronną. Z martwych resztek ich wątłych ciałek, postanowiłam zaprojektować sobie sukienkę, na pożegnalną randkę z nieznajomym.
Mienią się tęczowym blaskiem, wypolerowanym do głębokiej czerni. Jeszcze perły jak mleczne ząbki śmiejącego się dziecka, otulą moją szyję aż do utraty tchu. Aksamitny tusz z tendencją do płaczu, wyostrzy spojrzenie głęboką zielenią...
Przykuwam, uwagę, szpilkami ze smoczej skóry. To moja jedyna ekstrawagancja w całej klasycznej pozie. Nie pomalowane usta kuszą obnażonym wstydem. To moje jedyne odstępstwo od reguły dobrego smaku. Pachnę dojżałą słodyczą melona zgodnie z zasadami gry, kobieco, smacznie do zjedzenia na jeden kęs łakomego robaka...
Żadnych okruszków, ani plamki, mała kosteczka z niesmakiem wypluta w gniewie wypowiedzianych słów- nie obarczaj mnie sobą...zbruka bielą czarny asfalt przed jadłodajnią, którą odwiedzimy...
Zdziwiona patrzę na Ciebie, przecież ja tak niewiele ważę. Moje ciało jest nieważkie, zżarły je robaki, puste jak balon. Nie śmiałabym być niczyim ciężarem, nie chciałabym być twoją porażką. Unoszę się ponad to, zobacz, dumnie szybuje prosto w sine niebo...
Czarny asfalt całuje deszcz, bo to jesień przecież..
czwartek, 18 listopada 2010
między jawą a snem...
Sny miewam dziwne, prorocze, koszmarne, erotyczne, kolorowe, o lataniu, czarno białe. Śni mi się rzeczywistość, która się wydarzy jutro, śnią mi się moje lęki, marzenia rzadziej. Miewam sny niespokojne, chaotyczne, seryjne, niektóre się niestety powtarzają i są to te z gatunku najgorszych, sny, które dzieją się miedzy jawą a snem, między nocą a dniem, na granicy światła i cienia na granicy dwóch światów. Czuje w nich zapachy, mogę namacalnie kogoś dotknąć, rozmawiać z nim, a najgorsze jest to że ludzie których wtedy widzę dotykają mnie, czuje ich zimne lub ciepłe dłonie na swoim ciele, ich oddechy na swojej twarzy, ich ciężar na swoim ciele.
Jako mała dziewczynka miewałam je regularnie. Budziłam się nad ranem zazwyczaj w okolicach czwartej lub piątej godziny, czując czyjś dotyk, ciężar, obecność... Siadałam na łóżku, a w jego nogach siedzieli oni lub one, parami lub pojedynczo. Nie były to straszne postaci, przynajmniej kiedy byłam dzieckiem, często czułam ich oddechy na swojej twarzy, niecierpliwe dotykanie, szarpanie za rękaw, głosy, głuche lub bardzo dźwięczne zawsze były uprzejme, smutne, tęskniące, puste oczy bez wyrazu. Pięknie ubrane, czysto, stroje jakby wykrochmalone, sztywne, kartonowe.
Ale były też momenty, których nie zapmne bo napawały grozą i budziły niekłamany lęk, jakieś ręce zimne, silne żelaznym uściskiem dusiły mnie, kładły się na mnie, kokosiły, złośliwie uśmiechając się, zamykałam wtedy oczy i udawałam, że ich nie ma... Czasem znikały a czasem nie...
Widziałam je potem odległe, schowane za drzewami w moim ogrodzie, ich niemierzone rzesze upodobały sobie zwłaszcza moją ukochaną jabłoń z sekretną dziuplą. Krążyły wokół niej , topiły swoje dłonie w bezmiarze, rozpływały się we mgle...
Czy były to duchy, nie wiem, chyba nie, czasem nazywa się je zmorami, to chyba były one...
Duchy a właściwie ducha widuje regularnie, to postać mojej babci Eugenii, która umarła w domu w, którym teraz mieszkam. Byłam przy jej śmierci, umierała praktycznie na moich rękach...Kończyłam podstawówkę i pamiętam, że miałam do niej ogromny żal bo nie doczekała mojego pójścia do liceum plastycznego. Umarła przed ogłoszeniem wyniku egzaminów, a tylko ona we mnie wierzyła, tylko ona mnie wspierała w mojej decyzji. Widuje ją często kiedy krążę nocą po mieszkaniu, siedzi na TYM miejscu, miejscu prababci, jej , mojej mamy i moim...A teraz ja walczę o to miejsce z moją Lu To miejsce kobiet, szczególne miejsce przy stole z widokiem na całą ulicę. Wszystkie kobiety w mojej rodzinie instynktownie wybierały to właśnie miejsce...
Właściwie to chciałam napisać o tym, że dawno nie miałam tych moich snów, snów na jawie. Cztery dni temu stało się i sen do mnie przyszedł, a właściwie to we śnie przyszedł On. Nigdy nie śniła mi się w ten sposób rzeczywista postać, którą znałam, nigdy i ten sen właśnie był przyczyną mojej ostatniej słabości...
Sen...
Była noc, ciemna i trochę mglista, jakby nie mogła się zdecydować jak właściwie zaistnieć, jaką szatę ubrać na ten jej czas. Spałam samotnie w moim wielkim łóżku, w mojej smacznej pomarańczowej sypialni, to był mocny sen, bez snów, głęboki, ciężki aż nie do zniesienia. Czułam przytłaczający ciężar grawitacji, przygniatający moje drobne ciało do materaca, boleśnie i bezlitośnie. Powietrze było geste, oddychałam z trudem, można było kroić je nożem i docinać po kawałku godziny do świtu.
Nagle usłyszałam pojedynczy dźwięk dzwonka, takie dryń, tylko jedna osoba tak dzwoniła zawsze do moich drzwi, potem cisza i drzwi otwarły się. Kroki na korytarzu, w salonie potem w zielonym pokoju, cisza, osoba która weszła do mojego domu stała teraz u progu mojej sypialni.
Zamknęłam oczy aż do bólu powiek, otuliłam się szczelnie kołdrą, byłam odwrócona tyłem do postaci, której obecność czułam każda komórką mojego ciała. Bałam się jak nigdy przedtem, byłam przerażona, ale ta nachalna obecność i oczekiwanie tej osoby bym się odwróciła spowodowały, że po prostu musiałam to zrobić.
Najpierw jednak zapytałam - kto tam ?
I wtedy usłyszałam ten głos, jego głos - to tylko ja, śpij spokojnie to tylko ja, przyszedłem się pożegnać...
Boże wybacz mi, odpuść mi wszystkie moje winy, moją pychę, egocentryzm, ignorancję...
Na progu mojej sypialni stał On, ubrany jak zwykle, często tak chodził. Stał i uśmiechał się do mnie tym swoim uśmiechem, tym jedynym szczególnym...
Patrzyłam jak zaczarowana, stał dwa metry ode mnie i uśmiechał się, słyszałam jego oddech czułam ten zapach...Czas zdawał się nie mieć końca...Wypowiedziałam szeptem jego imię i zamknęłam oczy, kiedy je otworzyłam powitała nie tylko ciemność...
nie wiem , naprawdę nie wiem...
co to było, dlaczego...?
nie mam od niego rzadnych wieści od kilu tygodni, nie wiem czy żyje, czy jest zdrowy nic...
zniknął, ja też co prawda nikogo nie pytam, nie mogę...
nie...
To tylko sen, powtarzam sobie tylko głupi sen...
Tak tylko dlaczego miałam go znów tej nocy...?
Identyczny...
Ciekawe czy kiedy dzisiaj On do mnie znów przyjdzie i ja nie zapomnę zamknąć oczu, będziemy mogli w końcu porozmawiać, tak po prostu ?
Ciekawe ?
właściwie tylko tego bym chciała, słów...
niczego więcej, jak zwykle, słów, które tak pięknie pachną...
Jako mała dziewczynka miewałam je regularnie. Budziłam się nad ranem zazwyczaj w okolicach czwartej lub piątej godziny, czując czyjś dotyk, ciężar, obecność... Siadałam na łóżku, a w jego nogach siedzieli oni lub one, parami lub pojedynczo. Nie były to straszne postaci, przynajmniej kiedy byłam dzieckiem, często czułam ich oddechy na swojej twarzy, niecierpliwe dotykanie, szarpanie za rękaw, głosy, głuche lub bardzo dźwięczne zawsze były uprzejme, smutne, tęskniące, puste oczy bez wyrazu. Pięknie ubrane, czysto, stroje jakby wykrochmalone, sztywne, kartonowe.
Ale były też momenty, których nie zapmne bo napawały grozą i budziły niekłamany lęk, jakieś ręce zimne, silne żelaznym uściskiem dusiły mnie, kładły się na mnie, kokosiły, złośliwie uśmiechając się, zamykałam wtedy oczy i udawałam, że ich nie ma... Czasem znikały a czasem nie...
Widziałam je potem odległe, schowane za drzewami w moim ogrodzie, ich niemierzone rzesze upodobały sobie zwłaszcza moją ukochaną jabłoń z sekretną dziuplą. Krążyły wokół niej , topiły swoje dłonie w bezmiarze, rozpływały się we mgle...
Czy były to duchy, nie wiem, chyba nie, czasem nazywa się je zmorami, to chyba były one...
Duchy a właściwie ducha widuje regularnie, to postać mojej babci Eugenii, która umarła w domu w, którym teraz mieszkam. Byłam przy jej śmierci, umierała praktycznie na moich rękach...Kończyłam podstawówkę i pamiętam, że miałam do niej ogromny żal bo nie doczekała mojego pójścia do liceum plastycznego. Umarła przed ogłoszeniem wyniku egzaminów, a tylko ona we mnie wierzyła, tylko ona mnie wspierała w mojej decyzji. Widuje ją często kiedy krążę nocą po mieszkaniu, siedzi na TYM miejscu, miejscu prababci, jej , mojej mamy i moim...A teraz ja walczę o to miejsce z moją Lu To miejsce kobiet, szczególne miejsce przy stole z widokiem na całą ulicę. Wszystkie kobiety w mojej rodzinie instynktownie wybierały to właśnie miejsce...
Właściwie to chciałam napisać o tym, że dawno nie miałam tych moich snów, snów na jawie. Cztery dni temu stało się i sen do mnie przyszedł, a właściwie to we śnie przyszedł On. Nigdy nie śniła mi się w ten sposób rzeczywista postać, którą znałam, nigdy i ten sen właśnie był przyczyną mojej ostatniej słabości...
Sen...
Była noc, ciemna i trochę mglista, jakby nie mogła się zdecydować jak właściwie zaistnieć, jaką szatę ubrać na ten jej czas. Spałam samotnie w moim wielkim łóżku, w mojej smacznej pomarańczowej sypialni, to był mocny sen, bez snów, głęboki, ciężki aż nie do zniesienia. Czułam przytłaczający ciężar grawitacji, przygniatający moje drobne ciało do materaca, boleśnie i bezlitośnie. Powietrze było geste, oddychałam z trudem, można było kroić je nożem i docinać po kawałku godziny do świtu.
Nagle usłyszałam pojedynczy dźwięk dzwonka, takie dryń, tylko jedna osoba tak dzwoniła zawsze do moich drzwi, potem cisza i drzwi otwarły się. Kroki na korytarzu, w salonie potem w zielonym pokoju, cisza, osoba która weszła do mojego domu stała teraz u progu mojej sypialni.
Zamknęłam oczy aż do bólu powiek, otuliłam się szczelnie kołdrą, byłam odwrócona tyłem do postaci, której obecność czułam każda komórką mojego ciała. Bałam się jak nigdy przedtem, byłam przerażona, ale ta nachalna obecność i oczekiwanie tej osoby bym się odwróciła spowodowały, że po prostu musiałam to zrobić.
Najpierw jednak zapytałam - kto tam ?
I wtedy usłyszałam ten głos, jego głos - to tylko ja, śpij spokojnie to tylko ja, przyszedłem się pożegnać...
Boże wybacz mi, odpuść mi wszystkie moje winy, moją pychę, egocentryzm, ignorancję...
Na progu mojej sypialni stał On, ubrany jak zwykle, często tak chodził. Stał i uśmiechał się do mnie tym swoim uśmiechem, tym jedynym szczególnym...
Patrzyłam jak zaczarowana, stał dwa metry ode mnie i uśmiechał się, słyszałam jego oddech czułam ten zapach...Czas zdawał się nie mieć końca...Wypowiedziałam szeptem jego imię i zamknęłam oczy, kiedy je otworzyłam powitała nie tylko ciemność...
nie wiem , naprawdę nie wiem...
co to było, dlaczego...?
nie mam od niego rzadnych wieści od kilu tygodni, nie wiem czy żyje, czy jest zdrowy nic...
zniknął, ja też co prawda nikogo nie pytam, nie mogę...
nie...
To tylko sen, powtarzam sobie tylko głupi sen...
Tak tylko dlaczego miałam go znów tej nocy...?
Identyczny...
Ciekawe czy kiedy dzisiaj On do mnie znów przyjdzie i ja nie zapomnę zamknąć oczu, będziemy mogli w końcu porozmawiać, tak po prostu ?
Ciekawe ?
właściwie tylko tego bym chciała, słów...
niczego więcej, jak zwykle, słów, które tak pięknie pachną...
wtorek, 9 listopada 2010
codzienność...
codziennie bronię się przed pokusą...
codziennie walczę z samą sobą...
codziennie tęsknie nie wiadomo do czego...
codziennie staram się nie poddawać...
codziennie uśmiecham się do ludzi...
codziennie jestem zmęczona...
codziennie czytam mojemu dziecku...
codziennie nie tracę wiary we wróżki...
codziennie wstaje, myje się, idę do pracy, jem, patrzę z zachwytem na Lu...
codziennie myślę i nie mogę przestać...
i gówno z tego wychodzi...
nie mogę, nie potrafię, nie chcę chyba zapomnieć...
nie modlę się, nie rozpaczam, nie czekam już na nic...
codziennie po prostu żyje...
kurwa codziennie walczę z tą nieodpartą pokusą...
i gówno z tego wychodzi...
uda się ?
uda się...
uda się !
zaiste dziwna to walka, dziwna codzienność, gorzka w smaku, nikt nie lubi goryczy...
bardzo się staram...
zapalę sobie, umyję zęby i poczekam do jutra by...
czytaj od początku, smacznego...
PS. gorycz nie jest taka zła, lubię gorzką czekoladę, jest taka zdrowa i nie tuczy, nie tuczy myśli miałką słodyczą...
kto lubi słodycze, są takie niebezpieczne, otumaniają człowieka, mamią go złudnym bezpieczeństwem, miłość aż po grób z przejedzenia, zatkania arterii, zawału serca z niekochania...
a teraz wszyscy powiedzą jak ważna jest równowaga :-) codziennie...bla, bla, bla...
codziennie walczę z samą sobą...
codziennie tęsknie nie wiadomo do czego...
codziennie staram się nie poddawać...
codziennie uśmiecham się do ludzi...
codziennie jestem zmęczona...
codziennie czytam mojemu dziecku...
codziennie nie tracę wiary we wróżki...
codziennie wstaje, myje się, idę do pracy, jem, patrzę z zachwytem na Lu...
codziennie myślę i nie mogę przestać...
i gówno z tego wychodzi...
nie mogę, nie potrafię, nie chcę chyba zapomnieć...
nie modlę się, nie rozpaczam, nie czekam już na nic...
codziennie po prostu żyje...
kurwa codziennie walczę z tą nieodpartą pokusą...
i gówno z tego wychodzi...
uda się ?
uda się...
uda się !
zaiste dziwna to walka, dziwna codzienność, gorzka w smaku, nikt nie lubi goryczy...
bardzo się staram...
zapalę sobie, umyję zęby i poczekam do jutra by...
czytaj od początku, smacznego...
PS. gorycz nie jest taka zła, lubię gorzką czekoladę, jest taka zdrowa i nie tuczy, nie tuczy myśli miałką słodyczą...
kto lubi słodycze, są takie niebezpieczne, otumaniają człowieka, mamią go złudnym bezpieczeństwem, miłość aż po grób z przejedzenia, zatkania arterii, zawału serca z niekochania...
a teraz wszyscy powiedzą jak ważna jest równowaga :-) codziennie...bla, bla, bla...
wtorek, 2 listopada 2010
kocham się we mgle...
Dobrej nocy...
Za moimi oknami mgła ściele się łagodnie, kłania się mlecznym woalem drzewom w ogrodzie po wschodniej stronie domu, po zachodniej łapczywie całuje ulice. Wysysa zachłannie sine światło latarni w czeluść swojego niebytu, mgła...
Chyba lubię jej delikatną naturę, tak wiem, bywa złowieszcza, groźna i niebezpiecznie oddana ciemnej stronie światła. Jej lepka materia, czasem chłodna jak Twoje oczy, patrzy na mnie z pogardą i mocą, dotyka mnie nachalnie, zlepia moje myśli w bezkształtną masę...a jednocześnie kocham się w niej jak szalona, kocham się w jej ciszy, w jej ulotności. Jej delikatne palce rozpuszczają magicznie mój niepokój, usypiają go, kołyszą moje lęki do snu.
Odchodzę w nią teraz niespokojnie strosząc skrzydła mojej młodej wolności, mojej nowej samotności, jest mi teraz buforem bezpieczeństwa, cierpliwym przyjacielem, akceptuje mnie, nie ocenia, bierze mnie w swoje ramiona taką jaka jestem i nie żąda wyjaśnień i zbędnych słów.
Będę w niej tej nocy spała, będę w niej, tej nocy a ona , wiem, będzie we mnie.
Mgła, za moimi zachodnimi oknami, mgła w mojej pomarańczowej sypialni...gość.
Jedyny mój kochanek, tej nocy...
Położyłam pióra po sobie, położyłam moje ciało, śpię...
Dobrej nocy...pokorna ale nigdy nie na kolanach.
śpię...
Za moimi oknami mgła ściele się łagodnie, kłania się mlecznym woalem drzewom w ogrodzie po wschodniej stronie domu, po zachodniej łapczywie całuje ulice. Wysysa zachłannie sine światło latarni w czeluść swojego niebytu, mgła...
Chyba lubię jej delikatną naturę, tak wiem, bywa złowieszcza, groźna i niebezpiecznie oddana ciemnej stronie światła. Jej lepka materia, czasem chłodna jak Twoje oczy, patrzy na mnie z pogardą i mocą, dotyka mnie nachalnie, zlepia moje myśli w bezkształtną masę...a jednocześnie kocham się w niej jak szalona, kocham się w jej ciszy, w jej ulotności. Jej delikatne palce rozpuszczają magicznie mój niepokój, usypiają go, kołyszą moje lęki do snu.
Odchodzę w nią teraz niespokojnie strosząc skrzydła mojej młodej wolności, mojej nowej samotności, jest mi teraz buforem bezpieczeństwa, cierpliwym przyjacielem, akceptuje mnie, nie ocenia, bierze mnie w swoje ramiona taką jaka jestem i nie żąda wyjaśnień i zbędnych słów.
Będę w niej tej nocy spała, będę w niej, tej nocy a ona , wiem, będzie we mnie.
Mgła, za moimi zachodnimi oknami, mgła w mojej pomarańczowej sypialni...gość.
Jedyny mój kochanek, tej nocy...
Położyłam pióra po sobie, położyłam moje ciało, śpię...
Dobrej nocy...pokorna ale nigdy nie na kolanach.
śpię...
niedziela, 24 października 2010
dziś
Mogłabym w sumie napisać, że życie jest do d..., że k.... mać, mogłabym, bo to w sumie prawda...
ale mam jak zwykle wątpliwości ;-), ja i moje wierne przyjaciółki wątpliwości, mogłabym opisać dzisiejszy dzień w samych "superlatywach", ale tego nie zrobię.
Tak wiele się dzisiaj wydarzyło, jadłam na przykład pyszny tort bezowy, który przyprawił mnie o istny orgazm kulinarny,szkoda, ze tylko ;-), kupiłam Lu piękne biurko, moja koleżanka ma się dobrze po operacji, moja jedyna przyjaciółka, cóż u niej nie najlepiej, świeciło piękne słońce, jesień rozzuchwaliła się całkiem, śmiałam się dzisiaj i płakałam, mój prawie były mąż okazał się prawdziwym przyjacielem i oazą spokoju kiedy przeprowadzałam kolejną "akcję ratunkowa" i próbowałyśmy lepić z H. z gówna porcelanowa laleczkę.
Postanowiłam śmiać się przez łzy i płakać ze śmiechu, nie mam czasu na depresje, po prostu nie mam, uczę się żyć bez miłości, stłumiłam ją w sobie, wyrzuciłam z serca i umysłu, całkowicie jest de mode.
Wywietrzyłam wszystkie pokoje moich uczuć, wymyłam do zieleni zapomnienia szyby w wielkich oknach moich oczu, ciało mam poranione od szczotki nie dotykania...
Nigdy nie pozwolę sobie już na to by być prawdomówną, szczerą, by ujawnić to co czuję, nikt, naprawdę nikt chyba nie wie jak to boli, bolało... bo wymyłam zęby do czysta, wyczyściłam je moją srebrną niteczką szczęścia aż się przetarła do bólu dziąseł. Już nie mam nic, bo niczego już nie chcę, koniec. Uśmiecham się w sobie, czysta, biała, zielona i czarna. Stoję prosto, kręgosłup mojego życia zaśrubowany żelaznym pancerzem zdecydowania by już nigdy nikt i na zawsze... Tak postanowiłam i tak zrobię.
Tylko te cholerne wątpliwości...
Jest bowiem głęboko, w najodleglejszym zakamarku mojego ja, jedno miejsce, pokój, do którego nie odważyłam się wyrzucić klucza, bo właściciel tego miejsca na to nie zasługuje, mimo wszystko, obiecałam mu to, a ja zawsze dotrzymuje słowa. To jego azyl, ja nie mam na to wpływu, mogę po prostu tam nigdy nie wchodzić i tyle...
Wysokie okna, jasne ściany w perłowym odcieniu, wielkie łóżko z białą pościelą, drewniana ciepła w dotyku podłoga, kryształowy żyrandol pięknie odbijający światło, za oknami widok na morze i port...
Tak dzisiejszy dzień, był piękny, szkoda ,że ...
Ach nie, nie myślę o tym teraz, pomyślę o tym jutro...
Uśmiecham się więc i z pod pół przymkniętych powiek, soczysta zieleń moich oczu obserwuje rozwój wydarzeń chłonąc każdą chwilę, dotykam ją leciutko opuszkami palców, pocałunek na dobranoc...
Idę spać...
ale mam jak zwykle wątpliwości ;-), ja i moje wierne przyjaciółki wątpliwości, mogłabym opisać dzisiejszy dzień w samych "superlatywach", ale tego nie zrobię.
Tak wiele się dzisiaj wydarzyło, jadłam na przykład pyszny tort bezowy, który przyprawił mnie o istny orgazm kulinarny,szkoda, ze tylko ;-), kupiłam Lu piękne biurko, moja koleżanka ma się dobrze po operacji, moja jedyna przyjaciółka, cóż u niej nie najlepiej, świeciło piękne słońce, jesień rozzuchwaliła się całkiem, śmiałam się dzisiaj i płakałam, mój prawie były mąż okazał się prawdziwym przyjacielem i oazą spokoju kiedy przeprowadzałam kolejną "akcję ratunkowa" i próbowałyśmy lepić z H. z gówna porcelanowa laleczkę.
Postanowiłam śmiać się przez łzy i płakać ze śmiechu, nie mam czasu na depresje, po prostu nie mam, uczę się żyć bez miłości, stłumiłam ją w sobie, wyrzuciłam z serca i umysłu, całkowicie jest de mode.
Wywietrzyłam wszystkie pokoje moich uczuć, wymyłam do zieleni zapomnienia szyby w wielkich oknach moich oczu, ciało mam poranione od szczotki nie dotykania...
Nigdy nie pozwolę sobie już na to by być prawdomówną, szczerą, by ujawnić to co czuję, nikt, naprawdę nikt chyba nie wie jak to boli, bolało... bo wymyłam zęby do czysta, wyczyściłam je moją srebrną niteczką szczęścia aż się przetarła do bólu dziąseł. Już nie mam nic, bo niczego już nie chcę, koniec. Uśmiecham się w sobie, czysta, biała, zielona i czarna. Stoję prosto, kręgosłup mojego życia zaśrubowany żelaznym pancerzem zdecydowania by już nigdy nikt i na zawsze... Tak postanowiłam i tak zrobię.
Tylko te cholerne wątpliwości...
Jest bowiem głęboko, w najodleglejszym zakamarku mojego ja, jedno miejsce, pokój, do którego nie odważyłam się wyrzucić klucza, bo właściciel tego miejsca na to nie zasługuje, mimo wszystko, obiecałam mu to, a ja zawsze dotrzymuje słowa. To jego azyl, ja nie mam na to wpływu, mogę po prostu tam nigdy nie wchodzić i tyle...
Wysokie okna, jasne ściany w perłowym odcieniu, wielkie łóżko z białą pościelą, drewniana ciepła w dotyku podłoga, kryształowy żyrandol pięknie odbijający światło, za oknami widok na morze i port...
Tak dzisiejszy dzień, był piękny, szkoda ,że ...
Ach nie, nie myślę o tym teraz, pomyślę o tym jutro...
Uśmiecham się więc i z pod pół przymkniętych powiek, soczysta zieleń moich oczu obserwuje rozwój wydarzeń chłonąc każdą chwilę, dotykam ją leciutko opuszkami palców, pocałunek na dobranoc...
Idę spać...
Subskrybuj:
Posty (Atom)