W związku z komentarzami na temat filmu, który oglądałam wczoraj, chciałabym zapytać czy ktoś zwrócił uwagę na piękne obrazy, które były przez pewien moment tłem tej historyjki. Obrazy są piękne, chciałabym tak malować. Czysta, cudowna forma i oszczędność wyrazu, kolory nieba i morza. Kiedy się na nie patrzy czuje się jakby, się było właśnie tam gdzie teraz chciałabym być, najbardziej...
Patrząc na nie można poczuć wiatr od morza , jego smak, smak soli na skórze, zapach...
Są absolutnie doskonałe...
Samotny mężczyzna na pomoście...
Co mnie w tym filmie jeszcze poruszyło to tło muzyczne w pierwszej części...
No właściwie to wszystko i nie dziwię się, że film jakoś nie znalazł fanów :-), szkoda bo polskie kino bywa ciekawe, no może bywało...Pozytywnie zaskoczył mnie Dom zły, wstrząsnął mną, wyszłam z kina oszołomiona bezmiarem brudu i smrodu tego świata, namacalnym bardzo. Czułam go na skórze, pod nią, wszędzie...
Polecam. To nie banalna historyjka właśnie w stylu Samotności...
Mocne, dobre kino. Niektórych ludzi, z którymi rozmawiałam o nim zbrzydził, mnie popchnął do refleksji. Świetna rola Kingi Preis, tak różna od płaskiej i pozbawionej praktycznie sensu roli w Samotności, gdzie była tylko zbędnym dodatkiem, takim brzydkim ozdobnikiem, do Cieleckiej jak z porcelany. Takich kobiet nie ma, a jeśli są to miej nas boże w opiece :-), chodzi o kreacje Cieleckiej oczywiście :-).
Kinga natomiast w obrazie Dom zły, to majstersztyk, tzn. jej gra. Kapitalna aktorka. Grała całą sobą, grałą ciałem i wnętrzem, nie była sztuczna i drewniana.
Oj nie miałam dzisiaj pisać :-). O filmie Dom zły i paru dobrych polskich filmach chyba jeszcze napiszę, ale teraz lecę sprzątać, bo to mnie stawia do pionu :-), jak zwykle...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą myśli. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą myśli. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 14 grudnia 2010
poniedziałek, 15 listopada 2010
słabość...
a miało byc tak pięknie, cisza i spokój w sercu, budowałam ją cierpliwie dzień po dniu przez blisko trzy miesiące...
dzień po dniu zwalczałam mozolnie brakiem pożądania swoje pokusy, morodowałam sztyletem obojętności swoją słabość, zasypywałam piachem codzieności cierpliwie ziarenko po ziarenku chwil, swoje marzenia...mrzonki, nierealne...
miało być tak pięknie, wydobyłam zakurzony oręż oddalania z przestrzeni niebytu...
bez kropli krwi...
miało być tak pięknie, uspokoiłam się, jeszcze ostatnie okruchy myśli przelewałam na papier raniąc się sama tym co przeminęło, tnąc zieleń oczu na kawałki powolnego zamknięcia...
miało być tak pięknie...
godzinę temu z ulgą zapomnienia myśli miałam pełne akceptacji, pogodziłam się sama ze sobą, jeszcze może niebo w kolorze fioletu, jeszcze może burzowe chmury, jeszcze może zapomniane czarne ptaszysko niepokoju tłukło się gdzieś za grubą szybą przeszłości i już chwytałam w białe dłonie ulotną, zagubioną niteczkę złotą, moją sieć, w którą zaczełam łowić ciche chwile radości niemyślenia, delikatne przebłyski mglistego ukojenia...
miało być tak pięknie...rosło we mnie drzewo silne, zielone o złoto bursztynowej korze, owocach przekrwionych czerwienią rubinową delikatnych i nieśmiałych jeszcze uśmiechów...
brak otępienia zwalał mnie czasem z nóg aż do utraty tchu, mogłam oddychać, hiper wentylacja mojego umysłu powodowała omdlenia, euforyczne stany lekkości i nieważkości myśli...
miało być tak pięknie i wszystko jak krew w piach, wsiąkło w moją rozpacz w jednej niebezpiecznej chwili kiedy pozwoliłam sobie na słabość, nie jestem jednak taka silna, mojemu drzewu brak korzeni, moja kotwica zerwała się szarpana wściekle daleką burzą, która szaleje w innej galaktyce, na skraju moje świata, wciąż widoczna jednak, jaskrawą błyskawicą oświetla obojętnym i zimnym światłem miejsce, do którego skrycie uciekłam...
nie dość się schowałam, włażę jak ślimak bez skorupy i Twoje stopy mnie nie ominą, stopy otulone ciężkimi butami z grubej skóry smoka , fuj, pomyślisz i wytrzesz niecierpliwie buty o zieloną trawę pachnącą słońcem, zieloną trawę w kolorze moich oczu...
jedna chwila słabości, jedna chwila zapomnienia i straciłam pion, szach i mat, sytuacja patowa, bez wyjścia awaryjnego jednak...
Ale bagno...miało być o miłości a nie jest, następnym razem...
Oj neurotuczne to bardzo, ale serce bije mi mocno, za mocno...
Wybaczcie...
To cena, której nie zapłacę, nie stać mnie, za mało zarabiam, gotówka odpada, wezmę to na raty chyba...
Nie stać mnie na przeszczep, amputacja jest mniej kosztowna...
Amputuje sobie to uczucie i po bólu, no nie sama, może to komuś zlecę...
Pozwolę sobie na luksus nonsensu, abstrakcji, jakiś miły doktor, o dużej dozie akceptacji, wynajmę go i po bólu...
Może być doktor nauk wszelakich, byle nie był synem Temidy...
Redaktor mojego serca, literat, poeta, publicysta...
Niech napisze nową historyjkę, może być w odcinkach...
Niech mój świat znów pachnie słowami...
Korektą zajmę się sama...
To takie egocentryczne, wiem...
Niczego już nie położę na szale wagi, a napewno nie swoją szczerość...
Milczenie to złoto...
A Temida jest ślepa...
A miłość to tania dziwka, pójdzie z tym kto da wiecej...
Byłam zbyt biedna, mało zarabiam, stać mnie było tylko na raty...
Zapomniałam o tym i wziełam kredyt...
Raty tak to świetny pomysł, jaka jestem genialna, czerwona Królowa, diablica z jednym rogiem, małpa w klatce opetania...
W jak wariatka ;-)
W jak wolność ;-)
W jak wątpliwości...
Dość !
PS. bo zawsze jest coś jeszcze :-)
nie byłam po prostu nikim ważnym...
teraz to do mnie dotarło...
szkoda, że pozwoliłam sobie na słabość myślenia, że było inaczej...
trudno...
już mam tego dość, sama to sobie zrobiłam i sama dokonam amputacji, anuluje doktora...
sama to zrobię, jak zwykle ;-)
dzień po dniu zwalczałam mozolnie brakiem pożądania swoje pokusy, morodowałam sztyletem obojętności swoją słabość, zasypywałam piachem codzieności cierpliwie ziarenko po ziarenku chwil, swoje marzenia...mrzonki, nierealne...
miało być tak pięknie, wydobyłam zakurzony oręż oddalania z przestrzeni niebytu...
bez kropli krwi...
miało być tak pięknie, uspokoiłam się, jeszcze ostatnie okruchy myśli przelewałam na papier raniąc się sama tym co przeminęło, tnąc zieleń oczu na kawałki powolnego zamknięcia...
miało być tak pięknie...
godzinę temu z ulgą zapomnienia myśli miałam pełne akceptacji, pogodziłam się sama ze sobą, jeszcze może niebo w kolorze fioletu, jeszcze może burzowe chmury, jeszcze może zapomniane czarne ptaszysko niepokoju tłukło się gdzieś za grubą szybą przeszłości i już chwytałam w białe dłonie ulotną, zagubioną niteczkę złotą, moją sieć, w którą zaczełam łowić ciche chwile radości niemyślenia, delikatne przebłyski mglistego ukojenia...
miało być tak pięknie...rosło we mnie drzewo silne, zielone o złoto bursztynowej korze, owocach przekrwionych czerwienią rubinową delikatnych i nieśmiałych jeszcze uśmiechów...
brak otępienia zwalał mnie czasem z nóg aż do utraty tchu, mogłam oddychać, hiper wentylacja mojego umysłu powodowała omdlenia, euforyczne stany lekkości i nieważkości myśli...
miało być tak pięknie i wszystko jak krew w piach, wsiąkło w moją rozpacz w jednej niebezpiecznej chwili kiedy pozwoliłam sobie na słabość, nie jestem jednak taka silna, mojemu drzewu brak korzeni, moja kotwica zerwała się szarpana wściekle daleką burzą, która szaleje w innej galaktyce, na skraju moje świata, wciąż widoczna jednak, jaskrawą błyskawicą oświetla obojętnym i zimnym światłem miejsce, do którego skrycie uciekłam...
nie dość się schowałam, włażę jak ślimak bez skorupy i Twoje stopy mnie nie ominą, stopy otulone ciężkimi butami z grubej skóry smoka , fuj, pomyślisz i wytrzesz niecierpliwie buty o zieloną trawę pachnącą słońcem, zieloną trawę w kolorze moich oczu...
jedna chwila słabości, jedna chwila zapomnienia i straciłam pion, szach i mat, sytuacja patowa, bez wyjścia awaryjnego jednak...
Ale bagno...miało być o miłości a nie jest, następnym razem...
Oj neurotuczne to bardzo, ale serce bije mi mocno, za mocno...
Wybaczcie...
To cena, której nie zapłacę, nie stać mnie, za mało zarabiam, gotówka odpada, wezmę to na raty chyba...
Nie stać mnie na przeszczep, amputacja jest mniej kosztowna...
Amputuje sobie to uczucie i po bólu, no nie sama, może to komuś zlecę...
Pozwolę sobie na luksus nonsensu, abstrakcji, jakiś miły doktor, o dużej dozie akceptacji, wynajmę go i po bólu...
Może być doktor nauk wszelakich, byle nie był synem Temidy...
Redaktor mojego serca, literat, poeta, publicysta...
Niech napisze nową historyjkę, może być w odcinkach...
Niech mój świat znów pachnie słowami...
Korektą zajmę się sama...
To takie egocentryczne, wiem...
Niczego już nie położę na szale wagi, a napewno nie swoją szczerość...
Milczenie to złoto...
A Temida jest ślepa...
A miłość to tania dziwka, pójdzie z tym kto da wiecej...
Byłam zbyt biedna, mało zarabiam, stać mnie było tylko na raty...
Zapomniałam o tym i wziełam kredyt...
Raty tak to świetny pomysł, jaka jestem genialna, czerwona Królowa, diablica z jednym rogiem, małpa w klatce opetania...
W jak wariatka ;-)
W jak wolność ;-)
W jak wątpliwości...
Dość !
PS. bo zawsze jest coś jeszcze :-)
nie byłam po prostu nikim ważnym...
teraz to do mnie dotarło...
szkoda, że pozwoliłam sobie na słabość myślenia, że było inaczej...
trudno...
już mam tego dość, sama to sobie zrobiłam i sama dokonam amputacji, anuluje doktora...
sama to zrobię, jak zwykle ;-)
wtorek, 9 listopada 2010
codzienność...
codziennie bronię się przed pokusą...
codziennie walczę z samą sobą...
codziennie tęsknie nie wiadomo do czego...
codziennie staram się nie poddawać...
codziennie uśmiecham się do ludzi...
codziennie jestem zmęczona...
codziennie czytam mojemu dziecku...
codziennie nie tracę wiary we wróżki...
codziennie wstaje, myje się, idę do pracy, jem, patrzę z zachwytem na Lu...
codziennie myślę i nie mogę przestać...
i gówno z tego wychodzi...
nie mogę, nie potrafię, nie chcę chyba zapomnieć...
nie modlę się, nie rozpaczam, nie czekam już na nic...
codziennie po prostu żyje...
kurwa codziennie walczę z tą nieodpartą pokusą...
i gówno z tego wychodzi...
uda się ?
uda się...
uda się !
zaiste dziwna to walka, dziwna codzienność, gorzka w smaku, nikt nie lubi goryczy...
bardzo się staram...
zapalę sobie, umyję zęby i poczekam do jutra by...
czytaj od początku, smacznego...
PS. gorycz nie jest taka zła, lubię gorzką czekoladę, jest taka zdrowa i nie tuczy, nie tuczy myśli miałką słodyczą...
kto lubi słodycze, są takie niebezpieczne, otumaniają człowieka, mamią go złudnym bezpieczeństwem, miłość aż po grób z przejedzenia, zatkania arterii, zawału serca z niekochania...
a teraz wszyscy powiedzą jak ważna jest równowaga :-) codziennie...bla, bla, bla...
codziennie walczę z samą sobą...
codziennie tęsknie nie wiadomo do czego...
codziennie staram się nie poddawać...
codziennie uśmiecham się do ludzi...
codziennie jestem zmęczona...
codziennie czytam mojemu dziecku...
codziennie nie tracę wiary we wróżki...
codziennie wstaje, myje się, idę do pracy, jem, patrzę z zachwytem na Lu...
codziennie myślę i nie mogę przestać...
i gówno z tego wychodzi...
nie mogę, nie potrafię, nie chcę chyba zapomnieć...
nie modlę się, nie rozpaczam, nie czekam już na nic...
codziennie po prostu żyje...
kurwa codziennie walczę z tą nieodpartą pokusą...
i gówno z tego wychodzi...
uda się ?
uda się...
uda się !
zaiste dziwna to walka, dziwna codzienność, gorzka w smaku, nikt nie lubi goryczy...
bardzo się staram...
zapalę sobie, umyję zęby i poczekam do jutra by...
czytaj od początku, smacznego...
PS. gorycz nie jest taka zła, lubię gorzką czekoladę, jest taka zdrowa i nie tuczy, nie tuczy myśli miałką słodyczą...
kto lubi słodycze, są takie niebezpieczne, otumaniają człowieka, mamią go złudnym bezpieczeństwem, miłość aż po grób z przejedzenia, zatkania arterii, zawału serca z niekochania...
a teraz wszyscy powiedzą jak ważna jest równowaga :-) codziennie...bla, bla, bla...
poniedziałek, 8 listopada 2010
sztuka życia...
Byłam wczoraj w teatrze, Zmierzch bogów, spektakl oparty na filmie Luchino Viscontiego z 1969 roku. Jestem wstrząśnięta, zauroczona, zniesmaczona, zaczarowana, przerażona...
Tyle emocji, tak różnych, że trudno to opisać. Spektakl opowiada historię upadku rodziny von Essenbecków, nie tak jak w filmie, akcja dzieje się współcześnie. Namiętności, zgnilizna i fanatyzm, walka o władzę i zniewolenie jednostek dążących opętańczo do destrukcji i zgłady innych jednostek tak namacalna, że aż bolesna.
Spektakl był kontrowersyjny, wyrazisty, szokujący, epatował okrucieństwem, zezwierzęceniem, nichilzmem. Nagość, sugestywne sceny gwałtu (zwłaszcza ta butelką,), aktów seksualnych, kontrastowały z niewinnością biegających po scenie dzieci, ich czystością co jeszcze potęgowało efekt grozy. Nadzy aktorzy uprawiający sex i dziewczynki całe w bieli bawiące się balonami gigantycznych rozmiarów niczym bańki tlenu, smoła i powietrze, zestawione razem budziły mój zachwyt i niepokój. Siedziałam jak zaczarowana, spektakl był tak doskonały plastycznie, pełen obrazów, smaków i zapachów, że aż czuło się w powietrzu zapach krwi i spermy, przemieszany z wonią perfum postaci kobiecych, pachniało też strachem, przerażeniem prawie i nieskazitelną aurą dziecięcego świata zbrukanego przez rzeczywistość, dewiacje, rozpacz.
Ja siedziałam ale wielu wyszło, ludzie opuszczali widownię , pospiesznie uciekając do swojego bezpiecznego świata seriali telewizyjnych, moje miasto nie udźwignęło tego spektaklu, tego całego namacalnego gówna wylewającego się ze sceny. To było piękne i przerażające jednocześnie, raziły jednak momenty dłużyzn w monologach i zbytnie dopowiedzenie pewnych kwestii. Za mało dla mojej wyobraźni, wszystko mi podano jak na tacy, niestety. Tego było faktycznie za dużo, sztuka była tak ciężka, że po trzy godzinnym siedzeniu i chłonięciu jej wszystkimi moimi nerwami, miałam je poranione, wybebeszone na zewnątrz i czułam się zgwałcona, zbrukana tym co zobaczyłam.
Mam mieszane uczucia, nie wiem czy więcej we mnie zachwytu nad przepiękną plastycznością niektórych scen, przejmująca muzyką i prawdziwością niektórych wypowiedzianych, prawie wyrzyganych na mnie słów, czy więcej przygnębienia i strachu przed tym światem, który tak naprawdę dzieję się tuż obok nas, w każdej chwili, za ścianą, w ciemnym zaułku i rzęsiście oświetlonym pasażu handlowym. Bród i smród życia wypowiedziany do bólu prawdy o nim...
Czy polecam , pewnie, że polecam to nie zapomniane przeżycie ale tylko dla widzów o mocnym kręgosłupie i trochę choć oczytanych czy wyoglądaych, bo wiele tam było cytatów i odnośników. Moje miasto nie udźwignie tej wersji wydarzeń, miasto w którym dzieci zapytane o galerie, które znają odpowiedziały bez mrugnięcia okiem -Karolinka, Solaris, Piastowska. O biedny piastowski grodzie, o biedni ludzie...
A może właśnie szczęśliwi, mam mieszane uczucia, ale zapraszam do mojego miasta, zobaczcie ten spektakl życia chociażby po to by wiedzieć jak nie należy żyć, jak nie można żyć, jak ludzie mogą być twórczy w swoim czynieniu zła...zapraszam za jedyne 35 zeta od łebka, zobaczycie to co dzieje się za waszymi bezpiecznymi szybami teraz, w tej chwili, zobaczycie to czego boicie się dostrzec...
straszne, być może, ale to prawda, straszna prawda...
PS. Kocham teatr, to było swojego czasu moje życie, alternatywie...
Czy wystawiłam sztuce laurkę, no nie wiem, teatr w moim mieście zasłynął raz, jedyny, sztuką pt. Matka Joanna od aniołów, tak to był majstersztyk. Zespół jest średni choć trafiają się perełki takie jak odtwórca głównej roli męskiej w Zmierzchu bogów, Martin był wygrany tak, że w życiu nie chciałabym go spotkać w realu, matko boska ten aktor nie gra on jest Martinem, łoł !!!!
No i nie lubię łopatologii, wolę sama pomyśleć. Ale i tak było fajnie, kontakt ze sztuką jest porównywalny w mojej skali przyjemności z orgazmem
Pozdr. orgastyczne ;-)
Tyle emocji, tak różnych, że trudno to opisać. Spektakl opowiada historię upadku rodziny von Essenbecków, nie tak jak w filmie, akcja dzieje się współcześnie. Namiętności, zgnilizna i fanatyzm, walka o władzę i zniewolenie jednostek dążących opętańczo do destrukcji i zgłady innych jednostek tak namacalna, że aż bolesna.
Spektakl był kontrowersyjny, wyrazisty, szokujący, epatował okrucieństwem, zezwierzęceniem, nichilzmem. Nagość, sugestywne sceny gwałtu (zwłaszcza ta butelką,), aktów seksualnych, kontrastowały z niewinnością biegających po scenie dzieci, ich czystością co jeszcze potęgowało efekt grozy. Nadzy aktorzy uprawiający sex i dziewczynki całe w bieli bawiące się balonami gigantycznych rozmiarów niczym bańki tlenu, smoła i powietrze, zestawione razem budziły mój zachwyt i niepokój. Siedziałam jak zaczarowana, spektakl był tak doskonały plastycznie, pełen obrazów, smaków i zapachów, że aż czuło się w powietrzu zapach krwi i spermy, przemieszany z wonią perfum postaci kobiecych, pachniało też strachem, przerażeniem prawie i nieskazitelną aurą dziecięcego świata zbrukanego przez rzeczywistość, dewiacje, rozpacz.
Ja siedziałam ale wielu wyszło, ludzie opuszczali widownię , pospiesznie uciekając do swojego bezpiecznego świata seriali telewizyjnych, moje miasto nie udźwignęło tego spektaklu, tego całego namacalnego gówna wylewającego się ze sceny. To było piękne i przerażające jednocześnie, raziły jednak momenty dłużyzn w monologach i zbytnie dopowiedzenie pewnych kwestii. Za mało dla mojej wyobraźni, wszystko mi podano jak na tacy, niestety. Tego było faktycznie za dużo, sztuka była tak ciężka, że po trzy godzinnym siedzeniu i chłonięciu jej wszystkimi moimi nerwami, miałam je poranione, wybebeszone na zewnątrz i czułam się zgwałcona, zbrukana tym co zobaczyłam.
Mam mieszane uczucia, nie wiem czy więcej we mnie zachwytu nad przepiękną plastycznością niektórych scen, przejmująca muzyką i prawdziwością niektórych wypowiedzianych, prawie wyrzyganych na mnie słów, czy więcej przygnębienia i strachu przed tym światem, który tak naprawdę dzieję się tuż obok nas, w każdej chwili, za ścianą, w ciemnym zaułku i rzęsiście oświetlonym pasażu handlowym. Bród i smród życia wypowiedziany do bólu prawdy o nim...
Czy polecam , pewnie, że polecam to nie zapomniane przeżycie ale tylko dla widzów o mocnym kręgosłupie i trochę choć oczytanych czy wyoglądaych, bo wiele tam było cytatów i odnośników. Moje miasto nie udźwignie tej wersji wydarzeń, miasto w którym dzieci zapytane o galerie, które znają odpowiedziały bez mrugnięcia okiem -Karolinka, Solaris, Piastowska. O biedny piastowski grodzie, o biedni ludzie...
A może właśnie szczęśliwi, mam mieszane uczucia, ale zapraszam do mojego miasta, zobaczcie ten spektakl życia chociażby po to by wiedzieć jak nie należy żyć, jak nie można żyć, jak ludzie mogą być twórczy w swoim czynieniu zła...zapraszam za jedyne 35 zeta od łebka, zobaczycie to co dzieje się za waszymi bezpiecznymi szybami teraz, w tej chwili, zobaczycie to czego boicie się dostrzec...
straszne, być może, ale to prawda, straszna prawda...
PS. Kocham teatr, to było swojego czasu moje życie, alternatywie...
Czy wystawiłam sztuce laurkę, no nie wiem, teatr w moim mieście zasłynął raz, jedyny, sztuką pt. Matka Joanna od aniołów, tak to był majstersztyk. Zespół jest średni choć trafiają się perełki takie jak odtwórca głównej roli męskiej w Zmierzchu bogów, Martin był wygrany tak, że w życiu nie chciałabym go spotkać w realu, matko boska ten aktor nie gra on jest Martinem, łoł !!!!
No i nie lubię łopatologii, wolę sama pomyśleć. Ale i tak było fajnie, kontakt ze sztuką jest porównywalny w mojej skali przyjemności z orgazmem
Pozdr. orgastyczne ;-)
sobota, 6 listopada 2010
mosty, dzielą czy łączą ?
Szłam jakiś czas temu ulicami miasta, jakiś czas temu...dawno, może mineły dwa miesiące, to był początek jesieni. Szłam do pracy, była 8 rano. Ulice miasta były puste, prawie wymarłe jak z filmu grozy. Budynki nieśmiało wyłaniały się z porannej mgły, ulice lepkie od kurzu, latarnie przeglądały się kałurzach nocnego deszczu przerażone swoją brzydotą gasły oniemiałe i zawstydzone, przerażone brzydotą tego miasta, absurdem tej sytuacji...
Szłam.
Chłód poranka, czułam go na ciele, jeszcze nie pachniało jesienią, jeszcze nie było jej czuć w powietrzu, pachniało czasem pomiedzy, pomiędzy dwoma światami. Czułam ten nieznośny ciężar nieuchronnego końca i zapowiedzi początku, szłam z muzyką na uszach. Jak zwykle jakaś opera, wysokie soprany raniły mija duszę igiełkami żalu, średnie barytony nastrajały mnie melancholicznie, niskie basy uderzały z mocą w moje serce...
Jesień miała nadejść, jeszcze nią nie pachniało, to taki specyficzny zapach, kocham go, choć nie najbardziej na świecie, najbardziej na świecie kocham Twój.
Końcówka lata i początek jesieni mają w sobie coś złowieszczego a jednocześnie magicznego. Kobiety noszą jeszcze letnie sukienki, sandałki z błyszczącymi kamyczkami, odsłaniają lubieżnie ramiona opalizujące balsamem z drobinkami diamentowego pyłu. Udają, że sezon jeszcze się nie skończył, jeszcze trwa i mimo chłodu, od którego sterczą im sutki paradują dumnie eksponując swoje opalone ciała. Kobiety w tych swoich kuszących sukienkach...
Latem mężczyźni zakochują się w tych kobietach, kobietach z pełnym biustem, wąskimi biodrami o długich wygolonych do bólu skóry nogach, smukłych łydkach. Kobiety błyskają bielą zębów, pachną zachęta i pożądaniem, ich kusząca plastikowa uroda działa na samców, są gotowi sięgać dłonią pod każdą z tych tandetnych sukieneczek i wyłuskać z niej wydepilowaną cipkę chętnej dziewczyny. Mężczyźni w lnianych spodniach i koszulkach polo o opalonych torsach gładkich jak marmurowe posągi...
Nienawidzę takich mężczyzn, nienawidzę takich kobiet, nie dlatego, że nimi gardzę i nie dlatego, że nie chciałabym być na ich miejscu, po prostu dlatego że oni są szczęśliwi...
Kiedy już przestaną namiętnie pieprzyć się na tylnej kanapie jego volvo, rozejdą się każde w swoją stronę, bez żalu, problemów, zbędnych myśli kolorujących duszę na czarno. Jak jętki, jednodniowe owady, sparzą się i koniec, spłoną w chwili szybkiej rozkoszy. Zazdroszczę im, też chciałabym nie myśleć, czasami...
Mijałam na ulicy szczęśliwe pary, pary trzymające się za ręce, śmiejące się, całujące.
Nie możesz patrzeć na szczęśliwe pary , z miłości się gnije...
Pada deszcz, minęły dwa miesiące, pada dreszcz, krople z upartym spokojem całują chodnik, on pewnie też nie lubi pocałunków bo krzywi się z niesmakiem spękanymi pytkami pod moimi stopami.
Mężczyźni zakochują się latem w kobiecych cyckach, kobiety ciekawie zerkają na zawartość męskich kąpielówek.
Jak dobrze, że lato się skończyło, tęskniłam do jesieni...
otulam się szczelnie w swój smoczy pancerz niechęci, nie właściwie to nie jest niechęć to coś innego...
odwracam się i wszystko poza mną ...
oczy zamknięte, ale przez moment błyskają zielone szmaragdy, sypią się iskry, elektrycznie...
nie spalę wszystkich mostów...
to niepotrzebne marnotrawstwo kochany...
poukładałam dziś wszystkie książki i znalazłam dwie Twoje...
nie przeczytane słowa dźwięczą mi ciszą w głowie...
odwracam się i wszystko poza mną...
Szłam.
Chłód poranka, czułam go na ciele, jeszcze nie pachniało jesienią, jeszcze nie było jej czuć w powietrzu, pachniało czasem pomiedzy, pomiędzy dwoma światami. Czułam ten nieznośny ciężar nieuchronnego końca i zapowiedzi początku, szłam z muzyką na uszach. Jak zwykle jakaś opera, wysokie soprany raniły mija duszę igiełkami żalu, średnie barytony nastrajały mnie melancholicznie, niskie basy uderzały z mocą w moje serce...
Jesień miała nadejść, jeszcze nią nie pachniało, to taki specyficzny zapach, kocham go, choć nie najbardziej na świecie, najbardziej na świecie kocham Twój.
Końcówka lata i początek jesieni mają w sobie coś złowieszczego a jednocześnie magicznego. Kobiety noszą jeszcze letnie sukienki, sandałki z błyszczącymi kamyczkami, odsłaniają lubieżnie ramiona opalizujące balsamem z drobinkami diamentowego pyłu. Udają, że sezon jeszcze się nie skończył, jeszcze trwa i mimo chłodu, od którego sterczą im sutki paradują dumnie eksponując swoje opalone ciała. Kobiety w tych swoich kuszących sukienkach...
Latem mężczyźni zakochują się w tych kobietach, kobietach z pełnym biustem, wąskimi biodrami o długich wygolonych do bólu skóry nogach, smukłych łydkach. Kobiety błyskają bielą zębów, pachną zachęta i pożądaniem, ich kusząca plastikowa uroda działa na samców, są gotowi sięgać dłonią pod każdą z tych tandetnych sukieneczek i wyłuskać z niej wydepilowaną cipkę chętnej dziewczyny. Mężczyźni w lnianych spodniach i koszulkach polo o opalonych torsach gładkich jak marmurowe posągi...
Nienawidzę takich mężczyzn, nienawidzę takich kobiet, nie dlatego, że nimi gardzę i nie dlatego, że nie chciałabym być na ich miejscu, po prostu dlatego że oni są szczęśliwi...
Kiedy już przestaną namiętnie pieprzyć się na tylnej kanapie jego volvo, rozejdą się każde w swoją stronę, bez żalu, problemów, zbędnych myśli kolorujących duszę na czarno. Jak jętki, jednodniowe owady, sparzą się i koniec, spłoną w chwili szybkiej rozkoszy. Zazdroszczę im, też chciałabym nie myśleć, czasami...
Mijałam na ulicy szczęśliwe pary, pary trzymające się za ręce, śmiejące się, całujące.
Nie możesz patrzeć na szczęśliwe pary , z miłości się gnije...
Pada deszcz, minęły dwa miesiące, pada dreszcz, krople z upartym spokojem całują chodnik, on pewnie też nie lubi pocałunków bo krzywi się z niesmakiem spękanymi pytkami pod moimi stopami.
Mężczyźni zakochują się latem w kobiecych cyckach, kobiety ciekawie zerkają na zawartość męskich kąpielówek.
Jak dobrze, że lato się skończyło, tęskniłam do jesieni...
otulam się szczelnie w swój smoczy pancerz niechęci, nie właściwie to nie jest niechęć to coś innego...
odwracam się i wszystko poza mną ...
oczy zamknięte, ale przez moment błyskają zielone szmaragdy, sypią się iskry, elektrycznie...
nie spalę wszystkich mostów...
to niepotrzebne marnotrawstwo kochany...
poukładałam dziś wszystkie książki i znalazłam dwie Twoje...
nie przeczytane słowa dźwięczą mi ciszą w głowie...
odwracam się i wszystko poza mną...
wtorek, 2 listopada 2010
kocham się we mgle...
Dobrej nocy...
Za moimi oknami mgła ściele się łagodnie, kłania się mlecznym woalem drzewom w ogrodzie po wschodniej stronie domu, po zachodniej łapczywie całuje ulice. Wysysa zachłannie sine światło latarni w czeluść swojego niebytu, mgła...
Chyba lubię jej delikatną naturę, tak wiem, bywa złowieszcza, groźna i niebezpiecznie oddana ciemnej stronie światła. Jej lepka materia, czasem chłodna jak Twoje oczy, patrzy na mnie z pogardą i mocą, dotyka mnie nachalnie, zlepia moje myśli w bezkształtną masę...a jednocześnie kocham się w niej jak szalona, kocham się w jej ciszy, w jej ulotności. Jej delikatne palce rozpuszczają magicznie mój niepokój, usypiają go, kołyszą moje lęki do snu.
Odchodzę w nią teraz niespokojnie strosząc skrzydła mojej młodej wolności, mojej nowej samotności, jest mi teraz buforem bezpieczeństwa, cierpliwym przyjacielem, akceptuje mnie, nie ocenia, bierze mnie w swoje ramiona taką jaka jestem i nie żąda wyjaśnień i zbędnych słów.
Będę w niej tej nocy spała, będę w niej, tej nocy a ona , wiem, będzie we mnie.
Mgła, za moimi zachodnimi oknami, mgła w mojej pomarańczowej sypialni...gość.
Jedyny mój kochanek, tej nocy...
Położyłam pióra po sobie, położyłam moje ciało, śpię...
Dobrej nocy...pokorna ale nigdy nie na kolanach.
śpię...
Za moimi oknami mgła ściele się łagodnie, kłania się mlecznym woalem drzewom w ogrodzie po wschodniej stronie domu, po zachodniej łapczywie całuje ulice. Wysysa zachłannie sine światło latarni w czeluść swojego niebytu, mgła...
Chyba lubię jej delikatną naturę, tak wiem, bywa złowieszcza, groźna i niebezpiecznie oddana ciemnej stronie światła. Jej lepka materia, czasem chłodna jak Twoje oczy, patrzy na mnie z pogardą i mocą, dotyka mnie nachalnie, zlepia moje myśli w bezkształtną masę...a jednocześnie kocham się w niej jak szalona, kocham się w jej ciszy, w jej ulotności. Jej delikatne palce rozpuszczają magicznie mój niepokój, usypiają go, kołyszą moje lęki do snu.
Odchodzę w nią teraz niespokojnie strosząc skrzydła mojej młodej wolności, mojej nowej samotności, jest mi teraz buforem bezpieczeństwa, cierpliwym przyjacielem, akceptuje mnie, nie ocenia, bierze mnie w swoje ramiona taką jaka jestem i nie żąda wyjaśnień i zbędnych słów.
Będę w niej tej nocy spała, będę w niej, tej nocy a ona , wiem, będzie we mnie.
Mgła, za moimi zachodnimi oknami, mgła w mojej pomarańczowej sypialni...gość.
Jedyny mój kochanek, tej nocy...
Położyłam pióra po sobie, położyłam moje ciało, śpię...
Dobrej nocy...pokorna ale nigdy nie na kolanach.
śpię...
piątek, 29 października 2010
tajemniczy ogród
Chyba się nie rozumiemy...
Już lepiej, ale to ja tu rządzę, kochanie...
To ten moment Miły...
Czyste piękno zapachu...
Wstręt...
Jestem ideałem...
Śmierć...
Plotki...
Dziewica...
Już lepiej, ale to ja tu rządzę, kochanie...
To ten moment Miły...
Czyste piękno zapachu...
Wstręt...
Jestem ideałem...
Śmierć...
Plotki...
Dziewica...
środa, 27 października 2010
...
Tyle piękna wokół mnie...Tyle kolorów, zapachów, ukochana jesień.
A ja wciąż nie byłam na moim wymarzonym spacerze, wciąż i już chyba nie pójdę, nie tej jesieni. Jakoś nie mogę się zmusić, jestem jakaś potrzaskana, rozbita i nie mogę tego skleić, narazie. Wiem, rozsądek podpowiada, że to minie, przyjdzie zima i zmrozi mnie w lodowym uścisku...Nawet słowa mi się nie zaplatają ostatnio, gorzka jestem bardzo, słodycz topię w czerwonym wytrawnym winie...
Wiem, rozsądek podpowiada, krzyczy do mnie, ale serce szepcze, zdrajca, podjudzacz, że to nie mój sezon, że wszystko stracone, że zmarnowałam to, straciłam bezpowrotnie coś na czym mi zależało najbardziej na świecie, że to moja wina...
Jakoś nie mogę się odwrócić, przenicować na słoneczną stronę, nie mogę się odwrócić...
Powinnam pójść za radą, którą tyle razy słyszałam i powiedzieć sobie, pier.... to, ale to też mi jakoś nie wychodzi...Trudno, poczekam na zimę i wszystko zostawię w jej dłoniach.
PS. Jutro będzie lepiej, napewno...jak zwykle optymistka ze skłonnością do neurozy, oj tam...;-)
A ja wciąż nie byłam na moim wymarzonym spacerze, wciąż i już chyba nie pójdę, nie tej jesieni. Jakoś nie mogę się zmusić, jestem jakaś potrzaskana, rozbita i nie mogę tego skleić, narazie. Wiem, rozsądek podpowiada, że to minie, przyjdzie zima i zmrozi mnie w lodowym uścisku...Nawet słowa mi się nie zaplatają ostatnio, gorzka jestem bardzo, słodycz topię w czerwonym wytrawnym winie...
Wiem, rozsądek podpowiada, krzyczy do mnie, ale serce szepcze, zdrajca, podjudzacz, że to nie mój sezon, że wszystko stracone, że zmarnowałam to, straciłam bezpowrotnie coś na czym mi zależało najbardziej na świecie, że to moja wina...
Jakoś nie mogę się odwrócić, przenicować na słoneczną stronę, nie mogę się odwrócić...
Powinnam pójść za radą, którą tyle razy słyszałam i powiedzieć sobie, pier.... to, ale to też mi jakoś nie wychodzi...Trudno, poczekam na zimę i wszystko zostawię w jej dłoniach.
PS. Jutro będzie lepiej, napewno...jak zwykle optymistka ze skłonnością do neurozy, oj tam...;-)
niedziela, 24 października 2010
dziś
Mogłabym w sumie napisać, że życie jest do d..., że k.... mać, mogłabym, bo to w sumie prawda...
ale mam jak zwykle wątpliwości ;-), ja i moje wierne przyjaciółki wątpliwości, mogłabym opisać dzisiejszy dzień w samych "superlatywach", ale tego nie zrobię.
Tak wiele się dzisiaj wydarzyło, jadłam na przykład pyszny tort bezowy, który przyprawił mnie o istny orgazm kulinarny,szkoda, ze tylko ;-), kupiłam Lu piękne biurko, moja koleżanka ma się dobrze po operacji, moja jedyna przyjaciółka, cóż u niej nie najlepiej, świeciło piękne słońce, jesień rozzuchwaliła się całkiem, śmiałam się dzisiaj i płakałam, mój prawie były mąż okazał się prawdziwym przyjacielem i oazą spokoju kiedy przeprowadzałam kolejną "akcję ratunkowa" i próbowałyśmy lepić z H. z gówna porcelanowa laleczkę.
Postanowiłam śmiać się przez łzy i płakać ze śmiechu, nie mam czasu na depresje, po prostu nie mam, uczę się żyć bez miłości, stłumiłam ją w sobie, wyrzuciłam z serca i umysłu, całkowicie jest de mode.
Wywietrzyłam wszystkie pokoje moich uczuć, wymyłam do zieleni zapomnienia szyby w wielkich oknach moich oczu, ciało mam poranione od szczotki nie dotykania...
Nigdy nie pozwolę sobie już na to by być prawdomówną, szczerą, by ujawnić to co czuję, nikt, naprawdę nikt chyba nie wie jak to boli, bolało... bo wymyłam zęby do czysta, wyczyściłam je moją srebrną niteczką szczęścia aż się przetarła do bólu dziąseł. Już nie mam nic, bo niczego już nie chcę, koniec. Uśmiecham się w sobie, czysta, biała, zielona i czarna. Stoję prosto, kręgosłup mojego życia zaśrubowany żelaznym pancerzem zdecydowania by już nigdy nikt i na zawsze... Tak postanowiłam i tak zrobię.
Tylko te cholerne wątpliwości...
Jest bowiem głęboko, w najodleglejszym zakamarku mojego ja, jedno miejsce, pokój, do którego nie odważyłam się wyrzucić klucza, bo właściciel tego miejsca na to nie zasługuje, mimo wszystko, obiecałam mu to, a ja zawsze dotrzymuje słowa. To jego azyl, ja nie mam na to wpływu, mogę po prostu tam nigdy nie wchodzić i tyle...
Wysokie okna, jasne ściany w perłowym odcieniu, wielkie łóżko z białą pościelą, drewniana ciepła w dotyku podłoga, kryształowy żyrandol pięknie odbijający światło, za oknami widok na morze i port...
Tak dzisiejszy dzień, był piękny, szkoda ,że ...
Ach nie, nie myślę o tym teraz, pomyślę o tym jutro...
Uśmiecham się więc i z pod pół przymkniętych powiek, soczysta zieleń moich oczu obserwuje rozwój wydarzeń chłonąc każdą chwilę, dotykam ją leciutko opuszkami palców, pocałunek na dobranoc...
Idę spać...
ale mam jak zwykle wątpliwości ;-), ja i moje wierne przyjaciółki wątpliwości, mogłabym opisać dzisiejszy dzień w samych "superlatywach", ale tego nie zrobię.
Tak wiele się dzisiaj wydarzyło, jadłam na przykład pyszny tort bezowy, który przyprawił mnie o istny orgazm kulinarny,szkoda, ze tylko ;-), kupiłam Lu piękne biurko, moja koleżanka ma się dobrze po operacji, moja jedyna przyjaciółka, cóż u niej nie najlepiej, świeciło piękne słońce, jesień rozzuchwaliła się całkiem, śmiałam się dzisiaj i płakałam, mój prawie były mąż okazał się prawdziwym przyjacielem i oazą spokoju kiedy przeprowadzałam kolejną "akcję ratunkowa" i próbowałyśmy lepić z H. z gówna porcelanowa laleczkę.
Postanowiłam śmiać się przez łzy i płakać ze śmiechu, nie mam czasu na depresje, po prostu nie mam, uczę się żyć bez miłości, stłumiłam ją w sobie, wyrzuciłam z serca i umysłu, całkowicie jest de mode.
Wywietrzyłam wszystkie pokoje moich uczuć, wymyłam do zieleni zapomnienia szyby w wielkich oknach moich oczu, ciało mam poranione od szczotki nie dotykania...
Nigdy nie pozwolę sobie już na to by być prawdomówną, szczerą, by ujawnić to co czuję, nikt, naprawdę nikt chyba nie wie jak to boli, bolało... bo wymyłam zęby do czysta, wyczyściłam je moją srebrną niteczką szczęścia aż się przetarła do bólu dziąseł. Już nie mam nic, bo niczego już nie chcę, koniec. Uśmiecham się w sobie, czysta, biała, zielona i czarna. Stoję prosto, kręgosłup mojego życia zaśrubowany żelaznym pancerzem zdecydowania by już nigdy nikt i na zawsze... Tak postanowiłam i tak zrobię.
Tylko te cholerne wątpliwości...
Jest bowiem głęboko, w najodleglejszym zakamarku mojego ja, jedno miejsce, pokój, do którego nie odważyłam się wyrzucić klucza, bo właściciel tego miejsca na to nie zasługuje, mimo wszystko, obiecałam mu to, a ja zawsze dotrzymuje słowa. To jego azyl, ja nie mam na to wpływu, mogę po prostu tam nigdy nie wchodzić i tyle...
Wysokie okna, jasne ściany w perłowym odcieniu, wielkie łóżko z białą pościelą, drewniana ciepła w dotyku podłoga, kryształowy żyrandol pięknie odbijający światło, za oknami widok na morze i port...
Tak dzisiejszy dzień, był piękny, szkoda ,że ...
Ach nie, nie myślę o tym teraz, pomyślę o tym jutro...
Uśmiecham się więc i z pod pół przymkniętych powiek, soczysta zieleń moich oczu obserwuje rozwój wydarzeń chłonąc każdą chwilę, dotykam ją leciutko opuszkami palców, pocałunek na dobranoc...
Idę spać...
piątek, 22 października 2010
:-)
jakie to dziwne, wczorajsze cienie są mglistym wspomnieniem...
wszystko OK, no może nie wszystko...
gdybym miała wszystko umarłabym...
nie miałabym o czym marzyć...
nie miałabym do czego tęsknić...
nie miałabym o co walczyć...
nie umiałabym z tym żyć...
jest taka jedna rzecz, pragnienie, które mnie nie opuszcza od jakiegoś czasu...
jest taka jedna rzecz, pragnienie...
jest...
hmm :-)
kiedyś, napewno, wiem, że warto
niczego nie żałuje
ciepłe myśli i uśmiech promienny, jak zawsze
dobrej nocy
wszystko OK, no może nie wszystko...
gdybym miała wszystko umarłabym...
nie miałabym o czym marzyć...
nie miałabym do czego tęsknić...
nie miałabym o co walczyć...
nie umiałabym z tym żyć...
jest taka jedna rzecz, pragnienie, które mnie nie opuszcza od jakiegoś czasu...
jest taka jedna rzecz, pragnienie...
jest...
hmm :-)
kiedyś, napewno, wiem, że warto
niczego nie żałuje
ciepłe myśli i uśmiech promienny, jak zawsze
dobrej nocy
piątek, 15 października 2010
okruchy...
Gestykuluje, jej dłonie tańczą skąplikowany taniec rozmowy. Konwersacja napowietrzna, poza werbalna...
Ostre sztylety dłoni przecinają precyzyjnie powietrzną przestrzeń rzeźbiąc w niej słowa. Cieniutkie szpileczki palców z kolorowymi główkami pomalowanych na ciemno paznokci, akcentują poszczególne frazy, przyszpilając je do tablicy uwagi rozmówcy.
Drobne koraliki kręgosłupa, nanizane na łańcuszki ścięgien, oplecione siateczką nerwów. Sznury koralowych naczyń krwionośnych pompują w tą skaplikowaną konstrukcję życie...
"Tajemnica pomarańczowej sypialni"
Moja pomarańczowa sypialnia
to najzimniejsze pomieszczenie tutaj.
Leży na tyłach domu...
To najzimniejsze pomieszczenie
może dlatego nie lubię tam być
może dlatego się w niej nie kocham
może dlatego, że nikt mnie nie kocha.
A ma taki pyszny pomarańczowy kolor
nie chce mi się do nawet próbować
zamykam szczelnie dżwi.
Wychodzę, może dlatego, że nie lubię tam być...
"Sny..."
och sny, całowałeś czubki moich palców
wnętrze dłoni obwodziłeś językiem
namiętnie zgłębiałeś go w ciepłe
i pulsujące życiodajną krwią zgięcie łokcia
delikatnie gryzłeś kości obojczyków
i zlizywałeś z moich skroni
niecierpliwe kropelki potu
dotykałeś nieśmiało ustami
moich ust
tak tego pragnę...
tylko proszę nie dotykaj mnie jeszcze
to wciąż za szybko
tak tego pragnę...
Ostre sztylety dłoni przecinają precyzyjnie powietrzną przestrzeń rzeźbiąc w niej słowa. Cieniutkie szpileczki palców z kolorowymi główkami pomalowanych na ciemno paznokci, akcentują poszczególne frazy, przyszpilając je do tablicy uwagi rozmówcy.
Drobne koraliki kręgosłupa, nanizane na łańcuszki ścięgien, oplecione siateczką nerwów. Sznury koralowych naczyń krwionośnych pompują w tą skaplikowaną konstrukcję życie...
"Tajemnica pomarańczowej sypialni"
Moja pomarańczowa sypialnia
to najzimniejsze pomieszczenie tutaj.
Leży na tyłach domu...
To najzimniejsze pomieszczenie
może dlatego nie lubię tam być
może dlatego się w niej nie kocham
może dlatego, że nikt mnie nie kocha.
A ma taki pyszny pomarańczowy kolor
nie chce mi się do nawet próbować
zamykam szczelnie dżwi.
Wychodzę, może dlatego, że nie lubię tam być...
"Sny..."
och sny, całowałeś czubki moich palców
wnętrze dłoni obwodziłeś językiem
namiętnie zgłębiałeś go w ciepłe
i pulsujące życiodajną krwią zgięcie łokcia
delikatnie gryzłeś kości obojczyków
i zlizywałeś z moich skroni
niecierpliwe kropelki potu
dotykałeś nieśmiało ustami
moich ust
tak tego pragnę...
tylko proszę nie dotykaj mnie jeszcze
to wciąż za szybko
tak tego pragnę...
Subskrybuj:
Posty (Atom)