pełnia, nie dostrzegam jej...
mam oczy zamglone Tobą...
pełnia, księżyc inkrustuje moje myśli srebrnym kurzem...
pełnia, nie dostrzegam jej...
oczy zlepione słodyczą kłamstw...
pełnia, wy powiedziałam te wszystkie słowa i teraz wybacz...
wypełnia mnie całą...
blade powieki, rośnie pod nimi niemoc...
srebrny kurz piecze boleśnie, niewygodnie mi z samą sobą...
wypełnia mnie całą...
pragnienie, staje się nieznośne...
wypije zatrutą wodę z białych jak śnieg dłoni , bez żalu...
otulam się ramionami...
ciasno, wiążę moją samotność...
by poczuć czyjąś bliskość, nawet tak obcą jak ja sobie sama...
ciepło ma smak...
zimna tarcza księżyca pachnie intensywnie...
podobno tam byli jacyś ludzie, słyszę jak mówią drwiąco dobranoc...
Myśli jak robaki, toczą moje życie, uparcie zżerają czas po kawałku. Trują mój zdrowy rozsądek, fermentem swych odchodów.
Większość z nich umiera krztusząc się zbyt twardym kawałkiem mojej duszy. I dobrze się dzieje. Tysiące chitynowych pancerzyków. Buduję z nich moją tarcze obronną. Z martwych resztek ich wątłych ciałek, postanowiłam zaprojektować sobie sukienkę, na pożegnalną randkę z nieznajomym.
Mienią się tęczowym blaskiem, wypolerowanym do głębokiej czerni. Jeszcze perły jak mleczne ząbki śmiejącego się dziecka, otulą moją szyję aż do utraty tchu. Aksamitny tusz z tendencją do płaczu, wyostrzy spojrzenie głęboką zielenią...
Przykuwam, uwagę, szpilkami ze smoczej skóry. To moja jedyna ekstrawagancja w całej klasycznej pozie. Nie pomalowane usta kuszą obnażonym wstydem. To moje jedyne odstępstwo od reguły dobrego smaku. Pachnę dojżałą słodyczą melona zgodnie z zasadami gry, kobieco, smacznie do zjedzenia na jeden kęs łakomego robaka...
Żadnych okruszków, ani plamki, mała kosteczka z niesmakiem wypluta w gniewie wypowiedzianych słów- nie obarczaj mnie sobą...zbruka bielą czarny asfalt przed jadłodajnią, którą odwiedzimy...
Zdziwiona patrzę na Ciebie, przecież ja tak niewiele ważę. Moje ciało jest nieważkie, zżarły je robaki, puste jak balon. Nie śmiałabym być niczyim ciężarem, nie chciałabym być twoją porażką. Unoszę się ponad to, zobacz, dumnie szybuje prosto w sine niebo...
Czarny asfalt całuje deszcz, bo to jesień przecież..
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty
piątek, 19 listopada 2010
sobota, 6 listopada 2010
mosty, dzielą czy łączą ?
Szłam jakiś czas temu ulicami miasta, jakiś czas temu...dawno, może mineły dwa miesiące, to był początek jesieni. Szłam do pracy, była 8 rano. Ulice miasta były puste, prawie wymarłe jak z filmu grozy. Budynki nieśmiało wyłaniały się z porannej mgły, ulice lepkie od kurzu, latarnie przeglądały się kałurzach nocnego deszczu przerażone swoją brzydotą gasły oniemiałe i zawstydzone, przerażone brzydotą tego miasta, absurdem tej sytuacji...
Szłam.
Chłód poranka, czułam go na ciele, jeszcze nie pachniało jesienią, jeszcze nie było jej czuć w powietrzu, pachniało czasem pomiedzy, pomiędzy dwoma światami. Czułam ten nieznośny ciężar nieuchronnego końca i zapowiedzi początku, szłam z muzyką na uszach. Jak zwykle jakaś opera, wysokie soprany raniły mija duszę igiełkami żalu, średnie barytony nastrajały mnie melancholicznie, niskie basy uderzały z mocą w moje serce...
Jesień miała nadejść, jeszcze nią nie pachniało, to taki specyficzny zapach, kocham go, choć nie najbardziej na świecie, najbardziej na świecie kocham Twój.
Końcówka lata i początek jesieni mają w sobie coś złowieszczego a jednocześnie magicznego. Kobiety noszą jeszcze letnie sukienki, sandałki z błyszczącymi kamyczkami, odsłaniają lubieżnie ramiona opalizujące balsamem z drobinkami diamentowego pyłu. Udają, że sezon jeszcze się nie skończył, jeszcze trwa i mimo chłodu, od którego sterczą im sutki paradują dumnie eksponując swoje opalone ciała. Kobiety w tych swoich kuszących sukienkach...
Latem mężczyźni zakochują się w tych kobietach, kobietach z pełnym biustem, wąskimi biodrami o długich wygolonych do bólu skóry nogach, smukłych łydkach. Kobiety błyskają bielą zębów, pachną zachęta i pożądaniem, ich kusząca plastikowa uroda działa na samców, są gotowi sięgać dłonią pod każdą z tych tandetnych sukieneczek i wyłuskać z niej wydepilowaną cipkę chętnej dziewczyny. Mężczyźni w lnianych spodniach i koszulkach polo o opalonych torsach gładkich jak marmurowe posągi...
Nienawidzę takich mężczyzn, nienawidzę takich kobiet, nie dlatego, że nimi gardzę i nie dlatego, że nie chciałabym być na ich miejscu, po prostu dlatego że oni są szczęśliwi...
Kiedy już przestaną namiętnie pieprzyć się na tylnej kanapie jego volvo, rozejdą się każde w swoją stronę, bez żalu, problemów, zbędnych myśli kolorujących duszę na czarno. Jak jętki, jednodniowe owady, sparzą się i koniec, spłoną w chwili szybkiej rozkoszy. Zazdroszczę im, też chciałabym nie myśleć, czasami...
Mijałam na ulicy szczęśliwe pary, pary trzymające się za ręce, śmiejące się, całujące.
Nie możesz patrzeć na szczęśliwe pary , z miłości się gnije...
Pada deszcz, minęły dwa miesiące, pada dreszcz, krople z upartym spokojem całują chodnik, on pewnie też nie lubi pocałunków bo krzywi się z niesmakiem spękanymi pytkami pod moimi stopami.
Mężczyźni zakochują się latem w kobiecych cyckach, kobiety ciekawie zerkają na zawartość męskich kąpielówek.
Jak dobrze, że lato się skończyło, tęskniłam do jesieni...
otulam się szczelnie w swój smoczy pancerz niechęci, nie właściwie to nie jest niechęć to coś innego...
odwracam się i wszystko poza mną ...
oczy zamknięte, ale przez moment błyskają zielone szmaragdy, sypią się iskry, elektrycznie...
nie spalę wszystkich mostów...
to niepotrzebne marnotrawstwo kochany...
poukładałam dziś wszystkie książki i znalazłam dwie Twoje...
nie przeczytane słowa dźwięczą mi ciszą w głowie...
odwracam się i wszystko poza mną...
Szłam.
Chłód poranka, czułam go na ciele, jeszcze nie pachniało jesienią, jeszcze nie było jej czuć w powietrzu, pachniało czasem pomiedzy, pomiędzy dwoma światami. Czułam ten nieznośny ciężar nieuchronnego końca i zapowiedzi początku, szłam z muzyką na uszach. Jak zwykle jakaś opera, wysokie soprany raniły mija duszę igiełkami żalu, średnie barytony nastrajały mnie melancholicznie, niskie basy uderzały z mocą w moje serce...
Jesień miała nadejść, jeszcze nią nie pachniało, to taki specyficzny zapach, kocham go, choć nie najbardziej na świecie, najbardziej na świecie kocham Twój.
Końcówka lata i początek jesieni mają w sobie coś złowieszczego a jednocześnie magicznego. Kobiety noszą jeszcze letnie sukienki, sandałki z błyszczącymi kamyczkami, odsłaniają lubieżnie ramiona opalizujące balsamem z drobinkami diamentowego pyłu. Udają, że sezon jeszcze się nie skończył, jeszcze trwa i mimo chłodu, od którego sterczą im sutki paradują dumnie eksponując swoje opalone ciała. Kobiety w tych swoich kuszących sukienkach...
Latem mężczyźni zakochują się w tych kobietach, kobietach z pełnym biustem, wąskimi biodrami o długich wygolonych do bólu skóry nogach, smukłych łydkach. Kobiety błyskają bielą zębów, pachną zachęta i pożądaniem, ich kusząca plastikowa uroda działa na samców, są gotowi sięgać dłonią pod każdą z tych tandetnych sukieneczek i wyłuskać z niej wydepilowaną cipkę chętnej dziewczyny. Mężczyźni w lnianych spodniach i koszulkach polo o opalonych torsach gładkich jak marmurowe posągi...
Nienawidzę takich mężczyzn, nienawidzę takich kobiet, nie dlatego, że nimi gardzę i nie dlatego, że nie chciałabym być na ich miejscu, po prostu dlatego że oni są szczęśliwi...
Kiedy już przestaną namiętnie pieprzyć się na tylnej kanapie jego volvo, rozejdą się każde w swoją stronę, bez żalu, problemów, zbędnych myśli kolorujących duszę na czarno. Jak jętki, jednodniowe owady, sparzą się i koniec, spłoną w chwili szybkiej rozkoszy. Zazdroszczę im, też chciałabym nie myśleć, czasami...
Mijałam na ulicy szczęśliwe pary, pary trzymające się za ręce, śmiejące się, całujące.
Nie możesz patrzeć na szczęśliwe pary , z miłości się gnije...
Pada deszcz, minęły dwa miesiące, pada dreszcz, krople z upartym spokojem całują chodnik, on pewnie też nie lubi pocałunków bo krzywi się z niesmakiem spękanymi pytkami pod moimi stopami.
Mężczyźni zakochują się latem w kobiecych cyckach, kobiety ciekawie zerkają na zawartość męskich kąpielówek.
Jak dobrze, że lato się skończyło, tęskniłam do jesieni...
otulam się szczelnie w swój smoczy pancerz niechęci, nie właściwie to nie jest niechęć to coś innego...
odwracam się i wszystko poza mną ...
oczy zamknięte, ale przez moment błyskają zielone szmaragdy, sypią się iskry, elektrycznie...
nie spalę wszystkich mostów...
to niepotrzebne marnotrawstwo kochany...
poukładałam dziś wszystkie książki i znalazłam dwie Twoje...
nie przeczytane słowa dźwięczą mi ciszą w głowie...
odwracam się i wszystko poza mną...
poniedziałek, 1 listopada 2010
bez...
Wszystko co do tej pory napisałam było miałkie, słabe, wtórne...
Moja historia jest banalna, takich dzieje się wokół nas tysiące, wiele razy to słyszałam, On mówił mi, że to nic nadzwyczajnego, że na świecie dzieją się tragiczniejsze rzeczy, prawdziwe dramaty, ludzie cierpią z rzeczywistych przyczyn a moje są wymyślone wydumane, że sama je tworze. Są tylko w mojej głowie, że przesadzam, tragizuje...rozhisteryzowana , neurotyczna, nieprzystosowana...
Tak wiele słów i wszystkie takie, no właśnie miałkie, to wszystko tylko pył i proch...
Początek listopada, taki szczególny dzień, dzień refleksji nad przemijaniem, śmiercią, czymś co nieuchronne, nad czymś czego nie jesteśmy w stanie kontrolować, możemy się z tym tylko pogodzić i przeżyć ten moment godnie, wartościowo, cieszyć się tym co mamy, witać każdy dzień z radością, akceptować, nie oceniać, kochać, nie pragnąć zbyt wiele...Wiem, ja to wszystko wiem, rozumiem, tylko czasem...
Och dzisiaj , no właśnie...
J. spakował swoje rzeczy, pożegnał się i wyszedł. Znam go 20 lat, przyjaźnimy się od szczeniaka, potem był ślub, dziecko, wzloty i upadki, całe moje życie. Bywałam szczęśliwa, śmiałam się i płakałam, bałam się i odważnie patrzyłam do przodu, zmagałam się z codziennością, zatraciłam samą siebie, odpuściłam sobie, spałam 10 lat, katatonia, dzień za dniem, niczego nie chciałam , niczego nie pragnęłam, za niczym nie tęskniłam. Przestałam robić cokolwiek, przestałam malować, rysować, chodzić do teatru, który był zawsze moim marzeniem, czytać, pisać. Ludzie którzy mnie otaczali byli przypadkowi, nie mniej wartościowi ale jakby obcy. Zatraciłam samą siebie w codzienności, nie czułam smaków, aromatów, wszystko było jednolitą papką, było miałkie.
Tak ktoś może powiedzieć, że takie jest życie, to normalne, czego ja się czepiam, głupia jestem i tyle, pragnę jakichś niezrozumiałych podniet, ekstremalnych sytuacji, żeby poczuć, że żyję, że to wszystko ma sens, że to chwilowe, i minie. Nie minęło, czekałam, czekałam...
Przecież miałam wszystko, dom, rodzinę, pracę, tylko ja miałam jeszcze , boże odpuść mi te cholerne wątpliwości, że coś mi umyka, że to co przekaże mojemu dziecku to tylko tony zakurzonych książek, stare grafiki, kilka słabych wierszy i smutek w oczach i pustkę w sercu, gorycz...
Straciłam wiarę...cel i motywację...
Jednak, życie jest nieprzewidywalne, zaskakujące i nie znosi próżni...
Coś się wydarzyło i odzyskałam to wszystko w jednej chwili...
Blask w oczach, lekkie myśli, nadzieję. Nie było to wielkie coś, to nic szczególnego ot historia jakich tysiące, zwyczajna rzecz ale udrożniła mi żyły, trwało to chwilę ale wystarczyło. Niestety wypadki jak to wypadki toczą się swoim rytmem bez naszej kontroli i pragnienie posiadania samej siebie okazało się nie akceptowalne, komunikaty były sprzeczne, cele rozbieżne, potłuczone nie do sklejenia, by nie przestać się lubić postanowiliśmy się rozstać. Łagodnie, bez żalu i szarpania się, jak przyjaciele, którymi jesteśmy i byliśmy zawsze. Czy się uda ? Mam nadzieję, że tak.
Czy było warto, czy przyniosło mi to czego chciałam, za czym tak jakoś, tęskniłam...
Tak było warto, niczego nie żałuje, ani jednego momentu. Czy cena była za wysoka ? Jeszcze nie wiem ile przyjdzie mi za to zapłacić, tak naprawdę.
Jest mi źle, jest mi smutno, nie rozpaczam raczej jestem wściekła, że tak się stało, że jednak nie potrafiliśmy,że to tyle lat...
J. powiedział mi na odchodnym,że będzie dobrze- zobaczysz będzie ok.
zobaczymy, narazie jest mi potwornie smutno i przykro...
listopad, czas refleksji i przemijania, coś się kończy, ale czy coś się zacznie ?
zobaczymy...
dziś nieskładnie, miałko i banalnie...
historia jakich tysiące, ale moja, wiec wyjątkowa, On nie miał racji, nie miał...
jutro będzie lepiej...
zobaczymy, może przynajmniej składniej , ale to emocje dziś mówią za mnie, uczucia...
Moja historia jest banalna, takich dzieje się wokół nas tysiące, wiele razy to słyszałam, On mówił mi, że to nic nadzwyczajnego, że na świecie dzieją się tragiczniejsze rzeczy, prawdziwe dramaty, ludzie cierpią z rzeczywistych przyczyn a moje są wymyślone wydumane, że sama je tworze. Są tylko w mojej głowie, że przesadzam, tragizuje...rozhisteryzowana , neurotyczna, nieprzystosowana...
Tak wiele słów i wszystkie takie, no właśnie miałkie, to wszystko tylko pył i proch...
Początek listopada, taki szczególny dzień, dzień refleksji nad przemijaniem, śmiercią, czymś co nieuchronne, nad czymś czego nie jesteśmy w stanie kontrolować, możemy się z tym tylko pogodzić i przeżyć ten moment godnie, wartościowo, cieszyć się tym co mamy, witać każdy dzień z radością, akceptować, nie oceniać, kochać, nie pragnąć zbyt wiele...Wiem, ja to wszystko wiem, rozumiem, tylko czasem...
Och dzisiaj , no właśnie...
J. spakował swoje rzeczy, pożegnał się i wyszedł. Znam go 20 lat, przyjaźnimy się od szczeniaka, potem był ślub, dziecko, wzloty i upadki, całe moje życie. Bywałam szczęśliwa, śmiałam się i płakałam, bałam się i odważnie patrzyłam do przodu, zmagałam się z codziennością, zatraciłam samą siebie, odpuściłam sobie, spałam 10 lat, katatonia, dzień za dniem, niczego nie chciałam , niczego nie pragnęłam, za niczym nie tęskniłam. Przestałam robić cokolwiek, przestałam malować, rysować, chodzić do teatru, który był zawsze moim marzeniem, czytać, pisać. Ludzie którzy mnie otaczali byli przypadkowi, nie mniej wartościowi ale jakby obcy. Zatraciłam samą siebie w codzienności, nie czułam smaków, aromatów, wszystko było jednolitą papką, było miałkie.
Tak ktoś może powiedzieć, że takie jest życie, to normalne, czego ja się czepiam, głupia jestem i tyle, pragnę jakichś niezrozumiałych podniet, ekstremalnych sytuacji, żeby poczuć, że żyję, że to wszystko ma sens, że to chwilowe, i minie. Nie minęło, czekałam, czekałam...
Przecież miałam wszystko, dom, rodzinę, pracę, tylko ja miałam jeszcze , boże odpuść mi te cholerne wątpliwości, że coś mi umyka, że to co przekaże mojemu dziecku to tylko tony zakurzonych książek, stare grafiki, kilka słabych wierszy i smutek w oczach i pustkę w sercu, gorycz...
Straciłam wiarę...cel i motywację...
Jednak, życie jest nieprzewidywalne, zaskakujące i nie znosi próżni...
Coś się wydarzyło i odzyskałam to wszystko w jednej chwili...
Blask w oczach, lekkie myśli, nadzieję. Nie było to wielkie coś, to nic szczególnego ot historia jakich tysiące, zwyczajna rzecz ale udrożniła mi żyły, trwało to chwilę ale wystarczyło. Niestety wypadki jak to wypadki toczą się swoim rytmem bez naszej kontroli i pragnienie posiadania samej siebie okazało się nie akceptowalne, komunikaty były sprzeczne, cele rozbieżne, potłuczone nie do sklejenia, by nie przestać się lubić postanowiliśmy się rozstać. Łagodnie, bez żalu i szarpania się, jak przyjaciele, którymi jesteśmy i byliśmy zawsze. Czy się uda ? Mam nadzieję, że tak.
Czy było warto, czy przyniosło mi to czego chciałam, za czym tak jakoś, tęskniłam...
Tak było warto, niczego nie żałuje, ani jednego momentu. Czy cena była za wysoka ? Jeszcze nie wiem ile przyjdzie mi za to zapłacić, tak naprawdę.
Jest mi źle, jest mi smutno, nie rozpaczam raczej jestem wściekła, że tak się stało, że jednak nie potrafiliśmy,że to tyle lat...
J. powiedział mi na odchodnym,że będzie dobrze- zobaczysz będzie ok.
zobaczymy, narazie jest mi potwornie smutno i przykro...
listopad, czas refleksji i przemijania, coś się kończy, ale czy coś się zacznie ?
zobaczymy...
dziś nieskładnie, miałko i banalnie...
historia jakich tysiące, ale moja, wiec wyjątkowa, On nie miał racji, nie miał...
jutro będzie lepiej...
zobaczymy, może przynajmniej składniej , ale to emocje dziś mówią za mnie, uczucia...
środa, 13 października 2010
Jesień...
Dobry wieczór.
Właściwie to nie chciało mi się dzisiaj pisać, ale ...Impulsem było to co dzieje się za moimi i jak mniemam Twoimi oknami. Piękno, które pyszni się zuchwale, rozbuchana kolorami jesień, na którą tak czekałam. Spacery wśród liści i powietrza pachnącego kurzem. Usłyszałam kiedyś od kogoś, że jesień pachnie najpiękniej, wytrawną suchością liści i traw i umierającym słońcem...
Tak to prawda, On miał rację, niestety ja jej nie czuję i nie mogę jej nawet dotknąć teraz, leżę w łóżku chora, chora tym wszystkim co mnie otacza, mój organizm się w końcu poddał. Pościel pachnie lekami, potem i chorobą . Nie słońcem...
Pewnie jak wstanę to ten magiczny moment przeminie i będzie mnie rano witał tylko deszcz i przejmujący chłód. Sine poranki i ciężkie burzowe chmury przetaczające swe brzemienne od ulewy brzuchy nad moją głową. Mgła, która oblepi swoją nachalną gęstością szczelnie me ciało. I nie będzie to ochronny kokon szczęścia tylko smutek rezygnacji i przedsionek zimy. Jesień to przedpokój zimy, jakie to ładne...
Miałam nie pisać, jestem chora, ale do Ciebie mi się pisze najchętniej, naj łagodniej, słowa uwalniają się z mojej głowy jak szalone, kiedy piszę do ciebie. Wirują niczym dumna kurzawa, niosąca w swym otumanieniu resztki lata spalone słońcem. Wspomnienia, ciepła Twoich dalekich dłoni, prześwietlone zdjęcia z negatywów naszej przeszłości.
Spacery, lubię spacerować, poszłabym teraz na spacer, może trochę niechętnie jakby z ociąganiem, nieśmiało ale też z lubością, rozkosznie zanurzyłabym się w tej namiętności, jesiennej ciszy. Przeczytałam ostatnio,że kiedy nadchodzi jesień, ludzie chętniej umierają a ci co zostają modlą się tylko do okruchów granitu...Ja nie chciałabym umierać jesienią ,bo to najpiękniejsza pora na życie.
Przytrafiło mi się ostatnio coś co zaskoczyło mnie samą, a wiesz jak mnie trudno zaskoczyć, lżej oddycham, oczy mi błyszcza nie od łez, myśli mam pełne jesieni i jak kasztany o idealnym kształcie gałek ocznych ubranych w dojżałą zieleń turlają się prostymi alejkami . Jestem spokojna a nawet boże wybacz staram się być szczęśliwa, trochę, codziennym szczęściem prasowania koszul o wytartych kołnierzykach, mycia naczyń w letniej wodzie, dusznego gotowania ziemniaków, których obydwoje nie lubimy w kuchni pomalowanej farbą o kolorze dzikiego miodu. Ach te nowomodne nazwy z supermarketu dla współczesnych gospodyń domowych opętanych mnogością kabelków nowomodnych urządzeń elektronicznych tajemniczo mrugających do nich światełkami diod i mnożącymi się swoją wielokrotnością wprost proporcjonalną do zer na kontach ich mężów. Oplatają ich idealne ciała niczym dłonie kochanków spragnionych skradzionej miłości w hotelowych pokojach, ich puste od znudzenia oczy odbijają kolory ścian splamionych barwami jesieni kiedy w spazmatycznym odruchu rozkoszy otwierają je szeroko myśląc o kolejnym zakupie...
Spacery, jesień tego roku jest nie moja, nie należy do mnie, to nie mój sezon. Jest, ale ukryta za grubą szybą nie moich decyzji.
Szkoda bo rozmowa wśród tak pięknych zapachów byłaby lekka niczym opadające liście i przesycona ich barwami. Słowa krwawiły by nam usta do bólu wymówieniem całego milczenia, które jest w tej przestrzeni między nami...
Dobranoc Miły , może jednak pójdziemy na spacer,może jednak ? Chcesz ?
Nieee...
Właściwie to nie chciało mi się dzisiaj pisać, ale ...Impulsem było to co dzieje się za moimi i jak mniemam Twoimi oknami. Piękno, które pyszni się zuchwale, rozbuchana kolorami jesień, na którą tak czekałam. Spacery wśród liści i powietrza pachnącego kurzem. Usłyszałam kiedyś od kogoś, że jesień pachnie najpiękniej, wytrawną suchością liści i traw i umierającym słońcem...
Tak to prawda, On miał rację, niestety ja jej nie czuję i nie mogę jej nawet dotknąć teraz, leżę w łóżku chora, chora tym wszystkim co mnie otacza, mój organizm się w końcu poddał. Pościel pachnie lekami, potem i chorobą . Nie słońcem...
Pewnie jak wstanę to ten magiczny moment przeminie i będzie mnie rano witał tylko deszcz i przejmujący chłód. Sine poranki i ciężkie burzowe chmury przetaczające swe brzemienne od ulewy brzuchy nad moją głową. Mgła, która oblepi swoją nachalną gęstością szczelnie me ciało. I nie będzie to ochronny kokon szczęścia tylko smutek rezygnacji i przedsionek zimy. Jesień to przedpokój zimy, jakie to ładne...
Miałam nie pisać, jestem chora, ale do Ciebie mi się pisze najchętniej, naj łagodniej, słowa uwalniają się z mojej głowy jak szalone, kiedy piszę do ciebie. Wirują niczym dumna kurzawa, niosąca w swym otumanieniu resztki lata spalone słońcem. Wspomnienia, ciepła Twoich dalekich dłoni, prześwietlone zdjęcia z negatywów naszej przeszłości.
Spacery, lubię spacerować, poszłabym teraz na spacer, może trochę niechętnie jakby z ociąganiem, nieśmiało ale też z lubością, rozkosznie zanurzyłabym się w tej namiętności, jesiennej ciszy. Przeczytałam ostatnio,że kiedy nadchodzi jesień, ludzie chętniej umierają a ci co zostają modlą się tylko do okruchów granitu...Ja nie chciałabym umierać jesienią ,bo to najpiękniejsza pora na życie.
Przytrafiło mi się ostatnio coś co zaskoczyło mnie samą, a wiesz jak mnie trudno zaskoczyć, lżej oddycham, oczy mi błyszcza nie od łez, myśli mam pełne jesieni i jak kasztany o idealnym kształcie gałek ocznych ubranych w dojżałą zieleń turlają się prostymi alejkami . Jestem spokojna a nawet boże wybacz staram się być szczęśliwa, trochę, codziennym szczęściem prasowania koszul o wytartych kołnierzykach, mycia naczyń w letniej wodzie, dusznego gotowania ziemniaków, których obydwoje nie lubimy w kuchni pomalowanej farbą o kolorze dzikiego miodu. Ach te nowomodne nazwy z supermarketu dla współczesnych gospodyń domowych opętanych mnogością kabelków nowomodnych urządzeń elektronicznych tajemniczo mrugających do nich światełkami diod i mnożącymi się swoją wielokrotnością wprost proporcjonalną do zer na kontach ich mężów. Oplatają ich idealne ciała niczym dłonie kochanków spragnionych skradzionej miłości w hotelowych pokojach, ich puste od znudzenia oczy odbijają kolory ścian splamionych barwami jesieni kiedy w spazmatycznym odruchu rozkoszy otwierają je szeroko myśląc o kolejnym zakupie...
Spacery, jesień tego roku jest nie moja, nie należy do mnie, to nie mój sezon. Jest, ale ukryta za grubą szybą nie moich decyzji.
Szkoda bo rozmowa wśród tak pięknych zapachów byłaby lekka niczym opadające liście i przesycona ich barwami. Słowa krwawiły by nam usta do bólu wymówieniem całego milczenia, które jest w tej przestrzeni między nami...
Dobranoc Miły , może jednak pójdziemy na spacer,może jednak ? Chcesz ?
Nieee...
Subskrybuj:
Posty (Atom)