Pokazywanie postów oznaczonych etykietą list do Ciebie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą list do Ciebie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 stycznia 2011

cierpliwość...

szczęście jest stanem mi obcym...
bo czymże właściwie jest...
dla mnie jest tą chwilą właśnie...

od dawna nie czułam się tak spokojna...

uczę się cierpliwości...
choć serce nie słucha rozumu...

czwartek, 16 grudnia 2010

fajans...

lepienie z gówna porcelanowej laleczki, tak by sobie nie upaprać rąk...
nie wychodzi...
zawsze jestem albo za bardzo do środka, albo za bardzo na zewnątrz...
nie umiem kłamać, udawać...
mówię i piszę to co myślę i czuję...
to nie działa...
może powinnam zacząć grać w jakąś grę...
kiedyś przez moment grałam w szachy...
król położył swoją figurę i z niesmakiem,  drwiąco się uśmiechając zamknął za sobą drzwi...
byłam zbyt szczera...
to takie niewygodne...
szach i mat...

teraz też jestem...
nie wychodzi mi lepienie z gówna...
choć zdolna ze mnie rzeźbiarka...
tego nie potrafię...

wszystko to fajans...
cepelia...
gdy odnajdę w tych skorupach filiżankę...
dam Ci się z niej napić...
ukoję Twoje pragnienie...
spękane usta łakną pocałunków...

nigdy więcej żadnych gier...
jestem jaka jestem...
albo pijesz, albo sobie idę...
do diabła...
grać nie będę, nie licz na to !

piątek, 19 listopada 2010

ten jedyny raz o miłości...

pełnia, nie dostrzegam jej...
mam oczy zamglone Tobą...
pełnia, księżyc inkrustuje moje myśli srebrnym kurzem...

pełnia, nie dostrzegam jej...
oczy zlepione słodyczą kłamstw...
pełnia, wy powiedziałam te wszystkie słowa i teraz wybacz...

wypełnia mnie całą...
blade powieki, rośnie pod nimi niemoc...
srebrny kurz piecze boleśnie, niewygodnie mi z samą sobą...

wypełnia mnie całą...
pragnienie, staje się nieznośne...
wypije zatrutą wodę z białych jak śnieg dłoni , bez żalu...

otulam się ramionami...
ciasno, wiążę moją samotność...
by poczuć czyjąś bliskość, nawet tak obcą jak ja sobie sama...

ciepło ma smak...
zimna tarcza księżyca pachnie intensywnie...
podobno tam byli jacyś ludzie, słyszę jak mówią drwiąco dobranoc...



Myśli jak robaki, toczą moje życie, uparcie zżerają czas po kawałku. Trują mój zdrowy rozsądek, fermentem swych odchodów.
 Większość z nich umiera krztusząc się zbyt twardym kawałkiem mojej duszy. I dobrze się dzieje. Tysiące chitynowych pancerzyków. Buduję z nich moją tarcze obronną. Z martwych resztek ich wątłych ciałek, postanowiłam zaprojektować sobie sukienkę, na pożegnalną randkę z nieznajomym.
Mienią się tęczowym blaskiem, wypolerowanym do głębokiej czerni. Jeszcze perły jak mleczne ząbki śmiejącego się dziecka, otulą moją szyję aż do utraty tchu. Aksamitny tusz z tendencją do płaczu, wyostrzy  spojrzenie głęboką zielenią...
 Przykuwam, uwagę, szpilkami ze smoczej skóry. To moja jedyna ekstrawagancja w całej klasycznej pozie. Nie pomalowane usta kuszą obnażonym wstydem. To moje jedyne odstępstwo od reguły dobrego smaku. Pachnę dojżałą słodyczą melona zgodnie z zasadami gry, kobieco, smacznie do zjedzenia na jeden kęs łakomego robaka...
Żadnych okruszków, ani plamki, mała kosteczka z niesmakiem wypluta w gniewie wypowiedzianych słów- nie obarczaj mnie sobą...zbruka bielą czarny asfalt przed jadłodajnią, którą odwiedzimy...
Zdziwiona patrzę na Ciebie, przecież ja tak niewiele ważę. Moje ciało jest nieważkie, zżarły je robaki, puste jak balon. Nie śmiałabym być niczyim ciężarem, nie chciałabym być twoją porażką. Unoszę się ponad to, zobacz, dumnie szybuje prosto w sine niebo...
Czarny asfalt całuje deszcz, bo to jesień przecież..

poniedziałek, 15 listopada 2010

słabość...

a miało byc tak pięknie, cisza i spokój w sercu, budowałam ją cierpliwie dzień po dniu przez blisko trzy miesiące...
dzień po dniu zwalczałam mozolnie brakiem pożądania swoje pokusy, morodowałam sztyletem obojętności swoją słabość, zasypywałam piachem codzieności cierpliwie ziarenko po ziarenku chwil, swoje marzenia...mrzonki, nierealne...
miało być tak pięknie, wydobyłam zakurzony oręż oddalania z przestrzeni niebytu...
bez kropli krwi...
miało być tak pięknie, uspokoiłam się, jeszcze ostatnie okruchy myśli przelewałam na papier raniąc się sama tym co przeminęło, tnąc zieleń oczu na kawałki powolnego zamknięcia...
miało być tak pięknie...
godzinę temu z ulgą zapomnienia myśli miałam pełne akceptacji, pogodziłam się sama ze sobą, jeszcze może niebo w kolorze fioletu, jeszcze może burzowe chmury, jeszcze może zapomniane czarne ptaszysko niepokoju tłukło się gdzieś za grubą szybą przeszłości i już chwytałam w białe dłonie ulotną, zagubioną niteczkę złotą, moją sieć, w którą zaczełam łowić ciche chwile radości niemyślenia, delikatne przebłyski mglistego ukojenia...
miało być tak pięknie...rosło we mnie drzewo silne, zielone o złoto bursztynowej korze, owocach przekrwionych czerwienią rubinową delikatnych i nieśmiałych jeszcze uśmiechów...
brak otępienia zwalał mnie czasem z nóg aż do utraty tchu, mogłam oddychać, hiper wentylacja mojego umysłu powodowała omdlenia, euforyczne stany lekkości i nieważkości myśli...
miało być tak pięknie i wszystko jak krew w piach, wsiąkło w moją rozpacz w jednej niebezpiecznej chwili kiedy pozwoliłam sobie na słabość, nie jestem jednak taka silna, mojemu drzewu brak korzeni, moja kotwica zerwała się szarpana wściekle daleką burzą, która szaleje w innej galaktyce, na skraju moje świata, wciąż widoczna jednak, jaskrawą błyskawicą oświetla obojętnym i zimnym światłem miejsce, do którego skrycie uciekłam...
nie dość się schowałam, włażę jak ślimak bez skorupy i Twoje stopy mnie nie ominą, stopy otulone ciężkimi butami z grubej skóry smoka , fuj, pomyślisz i wytrzesz niecierpliwie buty o zieloną trawę pachnącą słońcem, zieloną trawę w kolorze moich oczu...
jedna chwila słabości, jedna chwila zapomnienia i straciłam pion, szach i mat, sytuacja patowa, bez wyjścia awaryjnego jednak...

Ale bagno...miało być o miłości a nie jest, następnym razem...

Oj neurotuczne to bardzo, ale serce bije mi mocno, za mocno...
Wybaczcie...

To cena, której nie zapłacę, nie stać mnie, za mało zarabiam, gotówka odpada, wezmę to na raty chyba...
Nie stać mnie na przeszczep, amputacja jest mniej kosztowna...
Amputuje sobie to uczucie i po bólu, no nie sama, może to komuś zlecę...
Pozwolę sobie na luksus nonsensu, abstrakcji, jakiś miły doktor, o dużej dozie akceptacji, wynajmę go i po bólu...
Może być doktor nauk wszelakich, byle nie był synem Temidy...
Redaktor mojego serca, literat, poeta, publicysta...
Niech napisze nową historyjkę, może być w odcinkach...
Niech mój świat znów pachnie słowami...
Korektą zajmę się sama...
To takie egocentryczne, wiem...

Niczego już nie położę na szale wagi, a napewno nie swoją szczerość...
Milczenie to złoto...
A Temida jest ślepa...

A miłość to tania dziwka, pójdzie z tym kto da wiecej...
Byłam zbyt biedna, mało zarabiam, stać mnie było tylko na raty...
Zapomniałam o tym i wziełam kredyt...

Raty tak to świetny pomysł, jaka jestem genialna, czerwona Królowa, diablica z jednym rogiem, małpa w klatce opetania...
W jak wariatka ;-)
W jak wolność ;-)
W jak wątpliwości...

Dość !
PS. bo zawsze jest coś jeszcze :-)
nie byłam po prostu nikim ważnym...
teraz to do mnie dotarło...
szkoda, że pozwoliłam sobie na słabość myślenia, że było inaczej...
trudno...
już mam tego dość, sama to sobie zrobiłam i sama dokonam amputacji, anuluje doktora...
sama to zrobię, jak zwykle ;-)

sobota, 6 listopada 2010

mosty, dzielą czy łączą ?

Szłam jakiś czas temu ulicami miasta, jakiś czas temu...dawno, może mineły dwa miesiące, to był początek jesieni. Szłam do pracy, była 8 rano. Ulice miasta były puste, prawie wymarłe jak z filmu grozy. Budynki nieśmiało wyłaniały się z porannej mgły, ulice lepkie od kurzu, latarnie przeglądały się kałurzach nocnego deszczu przerażone swoją brzydotą gasły oniemiałe i zawstydzone, przerażone brzydotą tego miasta, absurdem tej sytuacji...
Szłam.
Chłód poranka, czułam go na ciele, jeszcze nie pachniało jesienią, jeszcze nie było jej czuć w powietrzu, pachniało czasem pomiedzy, pomiędzy dwoma światami. Czułam ten nieznośny ciężar nieuchronnego końca i zapowiedzi początku, szłam z muzyką na uszach. Jak zwykle jakaś opera, wysokie soprany raniły mija duszę igiełkami żalu, średnie barytony nastrajały mnie melancholicznie, niskie basy uderzały z mocą w moje serce...
Jesień miała nadejść, jeszcze nią nie pachniało, to taki specyficzny zapach, kocham go, choć nie najbardziej na świecie, najbardziej na świecie kocham Twój.

Końcówka lata i początek jesieni mają w sobie coś złowieszczego a jednocześnie magicznego. Kobiety noszą jeszcze letnie sukienki, sandałki z błyszczącymi kamyczkami, odsłaniają lubieżnie ramiona opalizujące balsamem z drobinkami diamentowego pyłu. Udają, że sezon jeszcze się nie skończył, jeszcze trwa i mimo chłodu, od którego sterczą im sutki paradują dumnie eksponując swoje opalone ciała. Kobiety w tych swoich kuszących sukienkach...

Latem mężczyźni zakochują się w tych kobietach, kobietach z pełnym biustem, wąskimi biodrami o długich wygolonych do bólu skóry nogach, smukłych łydkach. Kobiety błyskają bielą zębów, pachną zachęta i pożądaniem, ich kusząca plastikowa uroda działa na samców, są gotowi sięgać dłonią pod każdą z tych tandetnych sukieneczek i wyłuskać z niej wydepilowaną cipkę chętnej dziewczyny. Mężczyźni w lnianych spodniach i koszulkach polo o opalonych torsach gładkich jak marmurowe posągi...

Nienawidzę takich mężczyzn, nienawidzę takich kobiet, nie dlatego, że nimi gardzę i nie dlatego, że nie chciałabym być na ich miejscu, po prostu dlatego że oni są szczęśliwi...
Kiedy już przestaną namiętnie pieprzyć się na tylnej kanapie jego volvo, rozejdą się każde w swoją stronę, bez żalu, problemów, zbędnych myśli kolorujących duszę na czarno. Jak jętki, jednodniowe owady, sparzą się i koniec, spłoną w chwili szybkiej rozkoszy. Zazdroszczę im, też chciałabym nie myśleć, czasami...

Mijałam na ulicy szczęśliwe pary, pary trzymające się za ręce, śmiejące się, całujące.
Nie możesz patrzeć na szczęśliwe pary , z miłości się gnije...

Pada deszcz, minęły dwa miesiące, pada dreszcz, krople z upartym spokojem całują chodnik, on pewnie też nie lubi pocałunków bo krzywi się z niesmakiem spękanymi pytkami pod moimi stopami.
Mężczyźni zakochują się latem w kobiecych cyckach, kobiety ciekawie zerkają na zawartość męskich kąpielówek.
Jak dobrze, że lato się skończyło, tęskniłam do jesieni...

otulam się szczelnie w swój smoczy pancerz niechęci, nie właściwie to nie jest niechęć to coś innego...
odwracam się i wszystko poza mną ...
oczy zamknięte, ale przez moment błyskają zielone szmaragdy, sypią się iskry, elektrycznie...
nie spalę wszystkich mostów...
to niepotrzebne marnotrawstwo kochany...
poukładałam dziś wszystkie książki i znalazłam dwie Twoje...
nie przeczytane słowa dźwięczą mi ciszą w głowie...
odwracam się i wszystko poza mną...

piątek, 22 października 2010

Kartka z podróży

Morze wzdęte rozkosznie zielenią błękitu rozpina przede mną swój bezmiar. Nieśmiało stąpam po okruszkach śmierci, muszelkach ślimaczych zmielonych na pyłek, drobiny kurzu przeszłości wyłażą mi między palcami stóp jak robaczki. Łaskoczą je i kształtują znaki mojego ja na piasku. Zachłannie zlizuje je zimny jęzor fali, spienionej i walczącej o swoje terytorium. Piach bezceremonialnie targany wiatrem chłoszcze moje ciało igiełkami bólu do kości.
Pieką mnie oczy, przecieram je niecierpliwie, strącam dłonią kropelki łez z koniuszków palców. Zapach wypełnia mnie całą, tak pachniesz tylko Ty, czysto, śmiało z odrobiną pikanterii, ostrości co rzeźbi moje uczucie zachwytu.
Jestem tu i chłonę go, przenika mnie przez włoski na ciele. Najeżam się momentalnie, zimno niespodziewanie wdziera się do mojego wnętrza przebijając gruboskórny skafander obojętnego miejskiego życia, który zakładam od lat do walki z nim. Kruszy go tak łatwo,że aż drżę z niecierpliwości w oczekiwaniu na tę nieuchronną katastrofę. I w jednej chwili rozpadam się, jestem wiatrem, jestem zapachem,jestem...
W końcu to czuję, krążę nad taflą zmierzwionej dziko wody, atomy mojego ciała tańczą nad jej powierzchnią, mieszam się z rozpylonymi kropelkami, ciałkami krystalicznej postaci. Zmieniłam stan skupienia, jestem wszędzie i nigdzie. Zaczynam się bać, że nie powrócę do tej bezpiecznej przystani codzienności, porannej kawy, marzeń sennych o twym ciele, o Twoich dłoniach białych jak śnieg i do Ciebie...

może nie chcę tego wcale już, może nie chcę...

Morze szumi we mnie, usypia mą niecierpliwość, poddaje się tak łatwo, za łatwo, prawie bez walki. Moje ciało jak skamieniała muszla, całe z miękkiego wapienia, pokłady martwych istnień pod moimi stopami, zatapiam się głęboko w ich niebyt. Na samym dnie granitowy głaz, bolesny upadek, moje myśli całe w sińcach, w tysiącach okruchów. Krążą ,wirują w szalonym pędzie i proszę, pył ściera ostrość granitu, zimny głaz nabiera powoli kształtu, coraz szybciej i szybciej, cierpliwie szlif po szlifie. Jakiś Ty piękny, drobinki wapienia bieleją na Twym ciele. Okrywam Cię z czułością, śpij cicho bez snów...
Budzisz się, strącasz je niecierpliwie, prawie ze wstrętem, łaskoczą Cię, porywa je wiatr. Już mnie nie ma, w ostatniej chwili chwytasz zapomniany pyłek, przyglądasz mu się z ciekawością z niemym prawie zachwytem. Niespodziewanie dla siebie samego, przykrywasz ostrożnie dłoń dłonią- w muszli mych rąk będziesz bezpieczna, tylko tyle mogę ci dać- szepczesz...
Drżę z rozkoszy targana wiatrem Twojego oddechu, wiruję Ci w dłoniach jak płatek śniegu. Tylko tyle...
Twój głos przywołuje mnie do porządku.
Och jak to boli.
Walczę z torsjami.
Było nie było, to już koniec...nowe otwarcie gry, gramy dalej ?
Nie będzie nowego otwarcia, koniec gry.
 Szach i mat...

 nie chcę tego wcale już,  nie chcę...
nie lubię grać, po prostu

Tobie... ( tam, nie tu, daleko z tąd, nie teraz, dawno...)

czwartek, 21 października 2010

Wielkomiejski szyk

Dziś jest pełnia, a ludzie śpią w swych ciasnych mieszkankach i tego nie widzą. Ich umysły pełne chęcią posiadania, żarłocznymi żądzami przeżywania wirtualnych przygód, zamknięte, zaklejone, bez smaku, nie widzące oczy, smutne serca, martwe dusze...

Stoję na schodach jak zaczarowana lśniącą taflą Księżyca. To takie magiczne i piękne, niczym nie zmącona cisza, którą tylko ja widzę, jest moja prywatna, tylko dla manie. Powtarzam sobie w duchu- jaki to wszystko ma sens, jaka jest ta nieodgadniona przyczyna. Kiedyś powiedziałeś mi, że to nic nowego, nic spektakularnego, że to nudne. Mówiłeś z miną znawcy wszechrzeczy, że to już się wydarzyło i nieopisany ogrom ludzkich jednostek to przeżywa i odkrył to przede mną.

Ale stojąc dziś wobec tego niekwestionowanego cudu przestałam Ci wierzyć. Mimo, że wcześniej kiwałam jak automat głową i tkwiłam w przekonaniu o Twojej racji.
Och jak bardzo się myliłeś. Te czarowne czary nadal działają.
Jakiś Ty biedny- pomyślałam sobie- nie czujesz tego, nie widzisz, przeczytałeś mnóstwo mądrych słów wypowiedzianych i napisanych przez tylu mądrych ludzi i nadal masz zamknięte oczy i umysł. Twoje serce śpi pod kurzem z tych niewątpliwe sumiennie napisanych woluminów, tomisk pełnych cudzych przemyśleń i straconych nadziei na ujrzenie tego co ja dzisiaj widzę. Tak po prostu stojąc na schodkach swojego prostego życia, opętanego porannym robieniem kanapek, prasowaniem przetartych kołnierzyków, noszeniem siatek z zakupami , które masz w takiej pogardzie.

Ja to poczułam, dotknęłam, przeszyło mnie to do głębi i wypełniło lepką i trywialną słodyczą szczęścia.
 Tak - powiesz- i co z tego, jakie masz głębokie wnioski, niepokojące przemyślenia, gdzie mądra i pełna matematycznych prawie wniosków wiedza tajemna.
Tylko się będę do Ciebie śmiała- nie potrzebna mi wiedza głupcze, potrzebne mi szczęście.
To głupie- odpowiesz z kpiną- szczęście to nic, to ułuda, zjem tabliczkę mlecznej czekolady i też to poczuje.

Być może masz rację Miły, tylko się uśmiecham i mrużę oczy i pod powiekami widzę ten banalny Księżyc i to jedyne uczucie wciąż mnie nie opuszcza, jest silne i rośnie we mnie...
Światło oświetla moje schody, schody do zwykłego życia i tego nikt mi nie odbierze, to tylko moje- myślę przez moment zachłannie, ale uczucie szczęścia przebija mój brak empatii i uśmiecham się tylko, zagladam w Twoje żółte oczy smoka i mówię- chcesz podzielę się z Tobą moją tabliczką mlecznej czekolady z Księżyca , chcesz ?

chcę...

Dla W.
( pewna pełnia w tym mieście, około 10 miesięcy temu...)

czwartek, 14 października 2010

pół uczucia...czyli ciastko przyprawione pieprzem

Do pełni jeszcze pół księżyca, palę papierosa, to ostatni wieczorny papieros. Wypełnia mnie chłód nocy, wypełniają mnie uczucia , nie pustki ale prawie pełni a ja już nie mogę spać. Stoję na schodkach, ogród zaprasza miękkością nocy , aksamitną czernią, kusi, jak w Alicji w krainie czarów, przyzywa mnie, chodz , spróbuj mojego czekoladowego lukru.
 Wypaliłam pół papierosa, w pół pełni Księżyca, jego srebrna łódeczka chowa się wstydliwie w kłębach chmur dymu z papierosa. Popływaj ze mną prosi ostatnim przebłyskiem srebra. Nie chce mi się ani dotykać mrocznych cieni ogrodu ani złudnej światłości Księżyca, po prostu mi się nie chce, chciałabym dotknąć Twojego ciepłego wnętrza, zatopić się w nim i usnąć.
 Nie mogę, łóżko jest puste, zimna pościel nie ugości naszych ciał, nie ukołysze naszej niecierpliwej namiętności, pomarańczowa sypialnia nie wysłucha westchnień, jej smaczny kolor nie wchłonie naszych cieni, nie zatańczą na ścianach. Do pełni jeszcze pół księżyca, wypaliłam papierosa do końca , wyssałam łapczywie jego truciznę , która koi moje nerwy. I usta mam pełne goryczy z niedocałowania, smakują nie pocałunkami, nie smakują mi wcale.
 Idę nie spać, nie idę nigdzie, nie jestem Alicją, nie mam złotego kluczyka , wypij mnie mówią do mnie jedynie, kusząco nalane bielą i różowością butelki z Ekwadoru i Chile. Utonę w nich sama na wpół dnie jednego kieliszka, bez pary...
Reszta się kurwa tłucze gdzieś między mną a Tobą, złudne szczęście we dwoje kupione za świąteczne bony w realu.
 pa i pzdr i nie do zoba...
Nie nigdy, nie teraz, na zawsze kurwa mać, przyprawie Cię pieprze(m), Cię w pół uczucia, niesmaku ciasteczka bez absolut nie napisu.
pa i pozdr i tyle na ten temat...
bez ps. bo nic już nie ma(m) !

kompilacja ruchu...

Nie mogłam przestać o Nim myśleć. udział wyobraźni, inny świat. Nie mogę przestać o nim myśleć, ciągle myślę, nakręcam się... Nie bój się to tylko sen. Nie chcę, nie mogę to zbyt złożona gra, kompilacja ruchu. Powolna demencja, zapominam z entuzjazmem i ulgą. Dotykasz nieśmiało wnętrza moich myśli, nie mogę przestać.

" Jak mogę żyć bez mego życia , jak mogę żyć bez mej miłości..."

Zagrajmy w kompilację miłości, rywalizacja z zawsze z przyjętymi zasadami, pamiętaj. Wypływam na powierzchnię, powoli przebijam swym ciałem błonę powietrza, stawia opór, ale to bez znaczenia. Walczę. Bardzo mi to smakuję, cynamon i jabłko, gorzka słodycz życia. Wyjadam wszystko do końca srebrna łyżeczką na szczęście, sięgam z lubością dna. To moje geny kobiece decydują ostatecznie o ludzkich parametrach somatycznych życia. Napawa mnie to nieopisaną dumą i pychą. Pamiętam Twoje słowa, wyraźnie słyszę je teraz w sobie, " teraz", bardzo głośno wypowiedzany komunikat. Było ciemno, gęsta jak miód noc, moje myśli lepkie od Ciebie. Powiedziałeś "to" i ja byłam, zamilkłeś i mnie nie ma.

Proces to, to co odbywa się pernamentnie w czasie, popatrz na swoje dzieło, czy to nie dziwne i zaskakujące? Takie bardzo fizyczne...Oddycham z trudem, nie mogę przestać myśleć. Po co mi to? Umieram i nie mogę skończyć, tak długo to trwa, jedno ostre cięcie. To czysto egoistyczna, ulotna myśl, której za chwilę nawet nie będę znała. Antycypowana sytuacja końcowa zadania, które ma dla mnie wartość nadrzędną. To nieodparta chęć, wręcz przymus zrozumienia Twoich słów. Straciłam nad tym kontrolę.

Sen, zapadam się miękko , głęboko , jest cicho, słyszę tylko niepewny puls mojego życia. Nieśmiały i dziewiczy, po raz pierwszy wyzwolony z klatki mojego chaosu. Czyste dzwięki otaczają moje ciało, oplatają wielością cieńszych od włosa natarczywych niczym dłonie kochanka impulsów elektrycznych. Dzięki nim czuję cokolwiek, czuję ,że jestem , nie tu i teraz ale naprawdę. To odkrycie przyprawia mnie o dreszcze, konwulsję targają mną niczym atak jakiejś tajemniczej choroby, która zabija mnie komórka po komórce, a jednocześnie jak demiurg, stwórca wszechrzeczy lepi mnie cierpliwie. jak cukiernik dodaje powoli i z namaszczeniem kolejne boleśnie niezbędne ingredjęcje . Cud sztuki kulinarnej życia.

Ja, Ja, Ja...
Mięso, woda, wapń, krew, białko, tłuszcz i najważniejsze, lukier mleczny mojej skóry z cieniutką siateczką żyłek malinowego sosu krwi, niczym wisienka na szczycie tortu. Jak cudzysłów zamykający mnie klamrą kompletności i dopowiedzenia. Jeszcze coś, czy czegoś brakuje ? Ach tak ,zapomniałeś, jak mogłeś ! Patrzę na ciebie z wyrzutem, nadymam wargi jeszcze nie dojżałe do miłości.

Myśl, myśl szybsza niż trzepot rzęs namalowanych przez ciebie grubą kreska zdecydowania i gniewu, a na ich koniuszkach zawiesiłeś od niechcenia, od cierpienia mokre krople mojego nie spełnienia, jak babeczki szklane na świątecznym drzewie.

Cierpię wiec jestem. Czy widzę to dostrzegam ? Nie zawsze. Popatrz na mnie wiec i tchnij iskrę, duszę, myśl. Boże, myślę i nie mogę przestać pragnąć to tak cudownie boli. Ty jednak odwracasz się machinalnie, znudzony, zniecierpliwiony i myślisz- ja pier.... kolejna wprawka i tym razem znowu do bani...

środa, 13 października 2010

Jesień...

Dobry wieczór.
Właściwie to nie chciało mi się dzisiaj pisać, ale ...Impulsem było to co dzieje się za moimi i jak mniemam Twoimi oknami. Piękno, które pyszni się zuchwale, rozbuchana kolorami jesień, na którą tak czekałam. Spacery wśród liści i powietrza pachnącego kurzem. Usłyszałam kiedyś od kogoś, że jesień pachnie najpiękniej, wytrawną suchością liści i traw i umierającym słońcem...
Tak to prawda, On miał rację, niestety ja jej nie czuję i nie mogę jej nawet dotknąć teraz, leżę w łóżku chora, chora tym wszystkim co mnie otacza, mój organizm się w końcu poddał. Pościel pachnie lekami, potem i chorobą . Nie słońcem...
Pewnie jak wstanę to ten magiczny moment przeminie i będzie mnie rano witał tylko deszcz i przejmujący chłód. Sine poranki i ciężkie burzowe chmury przetaczające swe brzemienne od ulewy brzuchy nad moją głową. Mgła, która oblepi swoją  nachalną gęstością szczelnie me ciało. I nie będzie to ochronny kokon szczęścia tylko smutek rezygnacji i przedsionek zimy. Jesień to przedpokój zimy, jakie to ładne...
Miałam nie pisać, jestem chora, ale do Ciebie mi się pisze najchętniej, naj łagodniej, słowa uwalniają się z mojej głowy jak szalone, kiedy piszę do ciebie. Wirują niczym dumna kurzawa, niosąca w swym otumanieniu resztki lata spalone słońcem. Wspomnienia, ciepła Twoich dalekich dłoni, prześwietlone zdjęcia z negatywów naszej przeszłości.
Spacery, lubię spacerować, poszłabym teraz na spacer, może trochę niechętnie jakby z ociąganiem, nieśmiało ale też z lubością, rozkosznie zanurzyłabym się w tej namiętności, jesiennej ciszy. Przeczytałam ostatnio,że kiedy nadchodzi jesień, ludzie chętniej umierają a ci co zostają modlą się tylko do okruchów granitu...Ja nie chciałabym umierać jesienią ,bo to najpiękniejsza pora na życie.
Przytrafiło mi się ostatnio coś co zaskoczyło mnie samą, a wiesz jak mnie trudno zaskoczyć, lżej oddycham, oczy mi błyszcza nie od łez, myśli mam pełne jesieni i jak kasztany o idealnym kształcie gałek ocznych ubranych w dojżałą zieleń turlają się prostymi alejkami . Jestem spokojna a nawet boże wybacz staram się być szczęśliwa, trochę, codziennym szczęściem prasowania koszul o wytartych kołnierzykach, mycia naczyń w letniej wodzie, dusznego gotowania ziemniaków, których obydwoje nie lubimy w kuchni pomalowanej farbą o kolorze dzikiego miodu. Ach te nowomodne nazwy z supermarketu dla współczesnych gospodyń domowych opętanych mnogością kabelków nowomodnych urządzeń elektronicznych tajemniczo mrugających do nich światełkami diod i mnożącymi się swoją wielokrotnością wprost proporcjonalną do zer na kontach ich mężów. Oplatają  ich idealne ciała niczym dłonie kochanków spragnionych skradzionej miłości w hotelowych pokojach, ich puste od znudzenia oczy odbijają kolory ścian splamionych barwami jesieni kiedy w spazmatycznym odruchu rozkoszy otwierają je szeroko myśląc o kolejnym zakupie...
Spacery, jesień tego roku jest nie moja, nie należy do mnie, to nie mój sezon. Jest, ale ukryta za grubą szybą nie moich decyzji.
Szkoda bo rozmowa wśród tak pięknych zapachów byłaby lekka niczym opadające liście i przesycona ich barwami. Słowa krwawiły by nam usta do bólu wymówieniem całego milczenia, które jest w tej przestrzeni między nami...
Dobranoc Miły , może jednak pójdziemy na spacer,może jednak ? Chcesz ?
Nieee...