stoję cała zanurzona w ciszy...
nie wy powiedzianych słów...
usta słone od łez, nie wypłakanych...
boję się myśleć co będzie...
autystyczne ciało pragnie dotyku...
bodźca co wypcha na zewnątrz ukryte uczucia...
ciepłe usta delikatnie pieczętują ...
pulsujące zagłębienie poniżej linij szyi...
pod cienką warstwą skóry...
chcę poczuć ciepło twoich warg...
nie wypowiedziane słowa tańczą we mnie chęcią ucieczki...
boję się myśleć co będzie...
jak je wy powiem...
kiedy mnie w końcu po całujesz...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tęsknota. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tęsknota. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 21 grudnia 2010
niedziela, 19 grudnia 2010
stado...
Za kilka dni Święta...
To czas, który łączy nie dzieli, buduje mosty szczęścia miedzy ludzkimi sercami...
Mam 36 lat i wciąż wierzę w magię Świąt...
Wciąż w to wierzę, trochę naiwnie i przekornie
jak zwykle...
Jak co roku wokół mojego, naszego stołu, zbierze się "stado", prawie całe.
Szkoda, że nie mogę zebrać wszystkich, których do "stada" zaliczamy, że niektóre miejsca będą puste. Jedni nie mogą z różnych względów, a tych bym gościła z otwartymi ramionami, zawsze. Inni ze "stada" odeszli, bo różne są koleje losu i nie zawsze nasze i ich wybory są zgodne z naszymi czy ich pragnieniami. Wszystko to rozumiem i będę za tymi nieobecnymi członkami "stada" tęsknić, ich miejsca pozostaną niezmiennie ich i będą na nich zawsze czekać.
Z resztą ktokolwiek by nie zapukał do mych drzwi w ten szczególny czas zostanie zaproszony...
Zawsze organizuje w moim domu kolację wigilijną, od kiedy pamiętam. Jemy to co lubimy, każdy ma swoje ulubione smaki, pod choinką tony prezentów, zwłaszcza dla dzieci...
Nie zawsze było różowo, ale zawsze byliśmy i będziemy razem. W tym roku będzie to może trochę trudne ale spotkamy się mimo różnych życiowych zawirowań, podzielimy się opłatkiem, zjemy wspólnie kolację i rozpakujemy prezenty.
Piszę dziś bardzo zwyczajnie, bez zbędnych słów i ozdobników. Wiem, mam nadzieję, że moje słowa trafią do nieobecnych członków "stada", przynajmniej do niektórych. Piszę zwłaszcza do tego jednego wilka, którego nigdy jeszcze nie doczekałam się przy naszym stole...
Kochany M.M, Ty wiesz, że bardzo bym chciała Cię gościć i mocno wierzę w to, że kiedyś to jednak nastąpi. Tęsknimy za Tobą, bardzo ( obie) :).
Jest jeszcze ktoś, o kim pomyślę z czułością w tej chwili, ktoś kogo twarzy już prawie nie pamiętam...
Życzę Ci Tylko Wesołych i Spokojnych Świąt, zawsze masz miejsce w moim sercu, ten jasny świetlisty pokój...Jesteś członkiem "stada", choć wcale tego nie chcesz.
Marzenia, zawsze warto je mieć, chronić jak najdroższy skarb. Ja wciąż marzę i wierzę w magię Świąt. Kobieta - dziecko, naiwnie wierząca...
"Stado" jest zawsze przy mnie, w moim sercu, jego mali członkowie rosną. Jednym młodym wilczkom wyżynają się już ostre stałe zęby, inni Ci najmniejsi mają jeszcze komplet mleczaków i cudne niebieskie oczy. Są jeszcze małymi kociętami. Kocham całe "stado", bez warunkowo...
Marzę o tym byśmy się kiedyś przy wigilijnym stole spotkali wszyscy...
Marzenia kobiety- dziecka...
Samicy Alfa... ;-)
To czas, który łączy nie dzieli, buduje mosty szczęścia miedzy ludzkimi sercami...
Mam 36 lat i wciąż wierzę w magię Świąt...
Wciąż w to wierzę, trochę naiwnie i przekornie
jak zwykle...
Jak co roku wokół mojego, naszego stołu, zbierze się "stado", prawie całe.
Szkoda, że nie mogę zebrać wszystkich, których do "stada" zaliczamy, że niektóre miejsca będą puste. Jedni nie mogą z różnych względów, a tych bym gościła z otwartymi ramionami, zawsze. Inni ze "stada" odeszli, bo różne są koleje losu i nie zawsze nasze i ich wybory są zgodne z naszymi czy ich pragnieniami. Wszystko to rozumiem i będę za tymi nieobecnymi członkami "stada" tęsknić, ich miejsca pozostaną niezmiennie ich i będą na nich zawsze czekać.
Z resztą ktokolwiek by nie zapukał do mych drzwi w ten szczególny czas zostanie zaproszony...
Zawsze organizuje w moim domu kolację wigilijną, od kiedy pamiętam. Jemy to co lubimy, każdy ma swoje ulubione smaki, pod choinką tony prezentów, zwłaszcza dla dzieci...
Nie zawsze było różowo, ale zawsze byliśmy i będziemy razem. W tym roku będzie to może trochę trudne ale spotkamy się mimo różnych życiowych zawirowań, podzielimy się opłatkiem, zjemy wspólnie kolację i rozpakujemy prezenty.
Piszę dziś bardzo zwyczajnie, bez zbędnych słów i ozdobników. Wiem, mam nadzieję, że moje słowa trafią do nieobecnych członków "stada", przynajmniej do niektórych. Piszę zwłaszcza do tego jednego wilka, którego nigdy jeszcze nie doczekałam się przy naszym stole...
Kochany M.M, Ty wiesz, że bardzo bym chciała Cię gościć i mocno wierzę w to, że kiedyś to jednak nastąpi. Tęsknimy za Tobą, bardzo ( obie) :).
Jest jeszcze ktoś, o kim pomyślę z czułością w tej chwili, ktoś kogo twarzy już prawie nie pamiętam...
Życzę Ci Tylko Wesołych i Spokojnych Świąt, zawsze masz miejsce w moim sercu, ten jasny świetlisty pokój...Jesteś członkiem "stada", choć wcale tego nie chcesz.
Marzenia, zawsze warto je mieć, chronić jak najdroższy skarb. Ja wciąż marzę i wierzę w magię Świąt. Kobieta - dziecko, naiwnie wierząca...
"Stado" jest zawsze przy mnie, w moim sercu, jego mali członkowie rosną. Jednym młodym wilczkom wyżynają się już ostre stałe zęby, inni Ci najmniejsi mają jeszcze komplet mleczaków i cudne niebieskie oczy. Są jeszcze małymi kociętami. Kocham całe "stado", bez warunkowo...
Marzę o tym byśmy się kiedyś przy wigilijnym stole spotkali wszyscy...
Marzenia kobiety- dziecka...
Samicy Alfa... ;-)
czwartek, 2 grudnia 2010
dzikość serca...
Jestem zmęczona...nie, niewyspana, zmęczona. Przesypiam teraz całe noce, kładę się i zanim zdążę o czymś pomyśleć, zasypiam. To nienormalne, przynajmniej dla mnie, dziwaczne i nie rozumiem tego. Kilka miesięcy temu mój nocny rytm wyglądał tak, że kładłam się do łóżka czytałam, myślałam, nawiedzał mnie krótki nerwowy sen, budziłam się zawsze o pełnych godzinach z pełnymi minutami, np. 22.22, 1.01, 4.44, zawsze tak nie inaczej. Nawet nie musiałam patrzeć na zegarek. Budziłam się, chodziłam po domu, krążyłam po pokojach, siadałam do laptopa, pisałam, czytałam, kiedy było ciepło wychodziłam do ogrodu. Kiedy miałam zmęczone ciało, kładło się do łóżka, ale sen nie nadchodził, może nad ranem. Wstawałam wypoczęta jednak, śmiało przedzierałam się przez każdą minutę dnia, miałam cel, lekkość w sercu, delikatnie stąpałam po codzienności, niepostrzeżenie zbliżając się ku schyłkowi dnia...
Kilka miesięcy temu, tak było.
Teraz kładę ciało do łózka, ciało automatycznie zasypia, umysł nie...sny, meczą mnie sny a raczej sen, ostatnio, jeden, ten sam od jakiegoś czasu.
Śnię o obcym mi człowieku, nie znam go właściwie. Czuję we śnie jego zapach, intensywny, piękny korzenny, z nutą cytrusową, z nutą świeżości , wiatru morskiego. Znam każdy centymetr jego ciała, kocham się z nim w tych snach, znam jego smak, czuję go na języku kiedy rano idę umyć zęby...nigdy nie widzę jednak jego twarzy.
Czuję pustkę kiedy rano otwieram oczy, tęsknie z nim, myślę intensywnie o nim...
Idąc ulicami tego miasta, jadąc autobusem do pracy, szukam go w spojżeniach mijających mnie mężczyzn i za każdym razem doznaje rozczarowania...to nie on...
Wiem ,że kiedy go zobaczę to go poznam i on będzie wiedział, że to ze mną kocha się co noc...namiętnie i dziko.
Wiem, że to dziwne, to tylko projekcja mojego umysłu, obsesyjna tęsknota za bliskością, miłością, ciepłem ciała drugiego człowieka, ramionami , które mnie oplotą bezpiecznie, ustami, które przecałują bezmiar galaktyki mojego ciała, wiem ,że to tylko pragnienie, tylko tęsknota...
To takie dziwne...
Czuję pustkę bez niego, jestem jak pęknięte naczynie...
Jestem tym zmęczona a jednocześnie ciekawa...
W środku boli mnie całe ciało, chęcią przyjęcia go , ugoszczenia w moim ciepłym wnętrzu..
Moje dłonie są puste brakiem jego ciężaru...
Tęsknie też za przestrzenią, którą czuje w tym śnie, wiatrem i zapachem morza...
Tęsknie za nim...
Mężczyzną, którego twarzy nigdy nie ...
Och sny ;-), idę wiec śnić...
PS. ostatnio, przeczytałam coś co zapadło mi w pamięć " jeśli jesteś moim snem to nie mów mi dzień dobry..." itd. to piękne zdanie i wiersz choć słowo piękne wydaję się być banalne, niepokojące, brzmi lepiej...bardzo pasuje mi do moich nocnych rajdów w głąb, pod podszewkę pragnień mojego dzikiego serca ;-)
Kilka miesięcy temu, tak było.
Teraz kładę ciało do łózka, ciało automatycznie zasypia, umysł nie...sny, meczą mnie sny a raczej sen, ostatnio, jeden, ten sam od jakiegoś czasu.
Śnię o obcym mi człowieku, nie znam go właściwie. Czuję we śnie jego zapach, intensywny, piękny korzenny, z nutą cytrusową, z nutą świeżości , wiatru morskiego. Znam każdy centymetr jego ciała, kocham się z nim w tych snach, znam jego smak, czuję go na języku kiedy rano idę umyć zęby...nigdy nie widzę jednak jego twarzy.
Czuję pustkę kiedy rano otwieram oczy, tęsknie z nim, myślę intensywnie o nim...
Idąc ulicami tego miasta, jadąc autobusem do pracy, szukam go w spojżeniach mijających mnie mężczyzn i za każdym razem doznaje rozczarowania...to nie on...
Wiem ,że kiedy go zobaczę to go poznam i on będzie wiedział, że to ze mną kocha się co noc...namiętnie i dziko.
Wiem, że to dziwne, to tylko projekcja mojego umysłu, obsesyjna tęsknota za bliskością, miłością, ciepłem ciała drugiego człowieka, ramionami , które mnie oplotą bezpiecznie, ustami, które przecałują bezmiar galaktyki mojego ciała, wiem ,że to tylko pragnienie, tylko tęsknota...
To takie dziwne...
Czuję pustkę bez niego, jestem jak pęknięte naczynie...
Jestem tym zmęczona a jednocześnie ciekawa...
W środku boli mnie całe ciało, chęcią przyjęcia go , ugoszczenia w moim ciepłym wnętrzu..
Moje dłonie są puste brakiem jego ciężaru...
Tęsknie też za przestrzenią, którą czuje w tym śnie, wiatrem i zapachem morza...
Tęsknie za nim...
Mężczyzną, którego twarzy nigdy nie ...
Och sny ;-), idę wiec śnić...
PS. ostatnio, przeczytałam coś co zapadło mi w pamięć " jeśli jesteś moim snem to nie mów mi dzień dobry..." itd. to piękne zdanie i wiersz choć słowo piękne wydaję się być banalne, niepokojące, brzmi lepiej...bardzo pasuje mi do moich nocnych rajdów w głąb, pod podszewkę pragnień mojego dzikiego serca ;-)
poniedziałek, 1 listopada 2010
bez...
Wszystko co do tej pory napisałam było miałkie, słabe, wtórne...
Moja historia jest banalna, takich dzieje się wokół nas tysiące, wiele razy to słyszałam, On mówił mi, że to nic nadzwyczajnego, że na świecie dzieją się tragiczniejsze rzeczy, prawdziwe dramaty, ludzie cierpią z rzeczywistych przyczyn a moje są wymyślone wydumane, że sama je tworze. Są tylko w mojej głowie, że przesadzam, tragizuje...rozhisteryzowana , neurotyczna, nieprzystosowana...
Tak wiele słów i wszystkie takie, no właśnie miałkie, to wszystko tylko pył i proch...
Początek listopada, taki szczególny dzień, dzień refleksji nad przemijaniem, śmiercią, czymś co nieuchronne, nad czymś czego nie jesteśmy w stanie kontrolować, możemy się z tym tylko pogodzić i przeżyć ten moment godnie, wartościowo, cieszyć się tym co mamy, witać każdy dzień z radością, akceptować, nie oceniać, kochać, nie pragnąć zbyt wiele...Wiem, ja to wszystko wiem, rozumiem, tylko czasem...
Och dzisiaj , no właśnie...
J. spakował swoje rzeczy, pożegnał się i wyszedł. Znam go 20 lat, przyjaźnimy się od szczeniaka, potem był ślub, dziecko, wzloty i upadki, całe moje życie. Bywałam szczęśliwa, śmiałam się i płakałam, bałam się i odważnie patrzyłam do przodu, zmagałam się z codziennością, zatraciłam samą siebie, odpuściłam sobie, spałam 10 lat, katatonia, dzień za dniem, niczego nie chciałam , niczego nie pragnęłam, za niczym nie tęskniłam. Przestałam robić cokolwiek, przestałam malować, rysować, chodzić do teatru, który był zawsze moim marzeniem, czytać, pisać. Ludzie którzy mnie otaczali byli przypadkowi, nie mniej wartościowi ale jakby obcy. Zatraciłam samą siebie w codzienności, nie czułam smaków, aromatów, wszystko było jednolitą papką, było miałkie.
Tak ktoś może powiedzieć, że takie jest życie, to normalne, czego ja się czepiam, głupia jestem i tyle, pragnę jakichś niezrozumiałych podniet, ekstremalnych sytuacji, żeby poczuć, że żyję, że to wszystko ma sens, że to chwilowe, i minie. Nie minęło, czekałam, czekałam...
Przecież miałam wszystko, dom, rodzinę, pracę, tylko ja miałam jeszcze , boże odpuść mi te cholerne wątpliwości, że coś mi umyka, że to co przekaże mojemu dziecku to tylko tony zakurzonych książek, stare grafiki, kilka słabych wierszy i smutek w oczach i pustkę w sercu, gorycz...
Straciłam wiarę...cel i motywację...
Jednak, życie jest nieprzewidywalne, zaskakujące i nie znosi próżni...
Coś się wydarzyło i odzyskałam to wszystko w jednej chwili...
Blask w oczach, lekkie myśli, nadzieję. Nie było to wielkie coś, to nic szczególnego ot historia jakich tysiące, zwyczajna rzecz ale udrożniła mi żyły, trwało to chwilę ale wystarczyło. Niestety wypadki jak to wypadki toczą się swoim rytmem bez naszej kontroli i pragnienie posiadania samej siebie okazało się nie akceptowalne, komunikaty były sprzeczne, cele rozbieżne, potłuczone nie do sklejenia, by nie przestać się lubić postanowiliśmy się rozstać. Łagodnie, bez żalu i szarpania się, jak przyjaciele, którymi jesteśmy i byliśmy zawsze. Czy się uda ? Mam nadzieję, że tak.
Czy było warto, czy przyniosło mi to czego chciałam, za czym tak jakoś, tęskniłam...
Tak było warto, niczego nie żałuje, ani jednego momentu. Czy cena była za wysoka ? Jeszcze nie wiem ile przyjdzie mi za to zapłacić, tak naprawdę.
Jest mi źle, jest mi smutno, nie rozpaczam raczej jestem wściekła, że tak się stało, że jednak nie potrafiliśmy,że to tyle lat...
J. powiedział mi na odchodnym,że będzie dobrze- zobaczysz będzie ok.
zobaczymy, narazie jest mi potwornie smutno i przykro...
listopad, czas refleksji i przemijania, coś się kończy, ale czy coś się zacznie ?
zobaczymy...
dziś nieskładnie, miałko i banalnie...
historia jakich tysiące, ale moja, wiec wyjątkowa, On nie miał racji, nie miał...
jutro będzie lepiej...
zobaczymy, może przynajmniej składniej , ale to emocje dziś mówią za mnie, uczucia...
Moja historia jest banalna, takich dzieje się wokół nas tysiące, wiele razy to słyszałam, On mówił mi, że to nic nadzwyczajnego, że na świecie dzieją się tragiczniejsze rzeczy, prawdziwe dramaty, ludzie cierpią z rzeczywistych przyczyn a moje są wymyślone wydumane, że sama je tworze. Są tylko w mojej głowie, że przesadzam, tragizuje...rozhisteryzowana , neurotyczna, nieprzystosowana...
Tak wiele słów i wszystkie takie, no właśnie miałkie, to wszystko tylko pył i proch...
Początek listopada, taki szczególny dzień, dzień refleksji nad przemijaniem, śmiercią, czymś co nieuchronne, nad czymś czego nie jesteśmy w stanie kontrolować, możemy się z tym tylko pogodzić i przeżyć ten moment godnie, wartościowo, cieszyć się tym co mamy, witać każdy dzień z radością, akceptować, nie oceniać, kochać, nie pragnąć zbyt wiele...Wiem, ja to wszystko wiem, rozumiem, tylko czasem...
Och dzisiaj , no właśnie...
J. spakował swoje rzeczy, pożegnał się i wyszedł. Znam go 20 lat, przyjaźnimy się od szczeniaka, potem był ślub, dziecko, wzloty i upadki, całe moje życie. Bywałam szczęśliwa, śmiałam się i płakałam, bałam się i odważnie patrzyłam do przodu, zmagałam się z codziennością, zatraciłam samą siebie, odpuściłam sobie, spałam 10 lat, katatonia, dzień za dniem, niczego nie chciałam , niczego nie pragnęłam, za niczym nie tęskniłam. Przestałam robić cokolwiek, przestałam malować, rysować, chodzić do teatru, który był zawsze moim marzeniem, czytać, pisać. Ludzie którzy mnie otaczali byli przypadkowi, nie mniej wartościowi ale jakby obcy. Zatraciłam samą siebie w codzienności, nie czułam smaków, aromatów, wszystko było jednolitą papką, było miałkie.
Tak ktoś może powiedzieć, że takie jest życie, to normalne, czego ja się czepiam, głupia jestem i tyle, pragnę jakichś niezrozumiałych podniet, ekstremalnych sytuacji, żeby poczuć, że żyję, że to wszystko ma sens, że to chwilowe, i minie. Nie minęło, czekałam, czekałam...
Przecież miałam wszystko, dom, rodzinę, pracę, tylko ja miałam jeszcze , boże odpuść mi te cholerne wątpliwości, że coś mi umyka, że to co przekaże mojemu dziecku to tylko tony zakurzonych książek, stare grafiki, kilka słabych wierszy i smutek w oczach i pustkę w sercu, gorycz...
Straciłam wiarę...cel i motywację...
Jednak, życie jest nieprzewidywalne, zaskakujące i nie znosi próżni...
Coś się wydarzyło i odzyskałam to wszystko w jednej chwili...
Blask w oczach, lekkie myśli, nadzieję. Nie było to wielkie coś, to nic szczególnego ot historia jakich tysiące, zwyczajna rzecz ale udrożniła mi żyły, trwało to chwilę ale wystarczyło. Niestety wypadki jak to wypadki toczą się swoim rytmem bez naszej kontroli i pragnienie posiadania samej siebie okazało się nie akceptowalne, komunikaty były sprzeczne, cele rozbieżne, potłuczone nie do sklejenia, by nie przestać się lubić postanowiliśmy się rozstać. Łagodnie, bez żalu i szarpania się, jak przyjaciele, którymi jesteśmy i byliśmy zawsze. Czy się uda ? Mam nadzieję, że tak.
Czy było warto, czy przyniosło mi to czego chciałam, za czym tak jakoś, tęskniłam...
Tak było warto, niczego nie żałuje, ani jednego momentu. Czy cena była za wysoka ? Jeszcze nie wiem ile przyjdzie mi za to zapłacić, tak naprawdę.
Jest mi źle, jest mi smutno, nie rozpaczam raczej jestem wściekła, że tak się stało, że jednak nie potrafiliśmy,że to tyle lat...
J. powiedział mi na odchodnym,że będzie dobrze- zobaczysz będzie ok.
zobaczymy, narazie jest mi potwornie smutno i przykro...
listopad, czas refleksji i przemijania, coś się kończy, ale czy coś się zacznie ?
zobaczymy...
dziś nieskładnie, miałko i banalnie...
historia jakich tysiące, ale moja, wiec wyjątkowa, On nie miał racji, nie miał...
jutro będzie lepiej...
zobaczymy, może przynajmniej składniej , ale to emocje dziś mówią za mnie, uczucia...
sobota, 30 października 2010
wspomnienia z mgły utkane
Zeszłoroczna jesień...
Oj zrobiło się fotograficznie, trochę mrocznie, i niesamowicie ale to taka pora, którą uwielbiammm, mniam.
Zbliża się listopad, czas wspomnień i refleksji, wiec dzisiaj będzie trochę tak...
Co najpiękniejsze, to takie ciepłe wspomnienia, niczego nie żałuje, nie opłakuje, po prostu pamiętam .
To jest we mnie, tuż pod skórą, pulsuje żywą czerwienią, siateczką naczyń krwionośnych, prawie czuje ten zapach...jak zamknę oczy. Och było wtedy magicznie, czułam się bezpieczna jeszcze...
Uśmiecham się mimo mrocznego klimatu na zdjęciach, to taki mały prezent dla kogoś mi bliskiego, wciąż i chyba zawsze.
M jak masło...
Dziękuje Ci za cierpliwość dla mnie i akceptacje.
Przepraszam za to co się stało.
Lubię cię bardziej niż masło.
Jestem wciąż myślami tuż.
Nie chcę być cierniem, więc nie komplikuje.
Ale możesz mnie nazwać smokiem, wybacz...
Nie odwracam się, ginę po prostu we mgle.
Skoro Twym przekleństwem jest wszystko pamiętać, niech to będzie właśnie mgliste wspomnienie.
Dziękuje, przepraszam, akceptuje, lecz wybacz...
Lubię Cię bardziej niż masło.
Bo nie chcesz mnie innej.
Wciąż mam wątpliwości.
Bo nie chcesz mnie wcale.
Porozmawiaj ze mną czasem, zapraszam na herbatę i ciastka, dżwi do mojego świata są dla Ciebie zawsze na wpół otwarte, zawsze...
dozoba i pzdr
ciepłe myśli i promienny uśmiech, jak zwykle bez poświeceń...
PS. Wyrósł mi drugi róg, wyobrażasz sobie, narazie ledwo wyczuwalny pod skórą, będzie chyba mocno bolało jak się będzie wyżynał, nie wiem? Ty masz większe doświadczenie w tej kwestii, masz już cały komplet i ogon i kopyta ;-).
Cieszę się bo dualizm jest mi bliski, czułam lekką dysharmonię w moim życiu i brak kompletności a teraz, hmmm :-), dwa rogi to cudzysłów co zamyka mnie klamrą bezpieczną, choć pytania wciąż pozostają otwarte i bez odpowiedzi. Lecz gdybym miała wszystko to umarłabym w jednaj chwili.
choć czasem właśnie o tym marzę, za spacer jesienny oddałabym prawie wszystko co mam ...
bo lubię Cię bardziej niż masło...
jesteś moim prywatnym demonem...
EM.
piątek, 22 października 2010
Kartka z podróży
Morze wzdęte rozkosznie zielenią błękitu rozpina przede mną swój bezmiar. Nieśmiało stąpam po okruszkach śmierci, muszelkach ślimaczych zmielonych na pyłek, drobiny kurzu przeszłości wyłażą mi między palcami stóp jak robaczki. Łaskoczą je i kształtują znaki mojego ja na piasku. Zachłannie zlizuje je zimny jęzor fali, spienionej i walczącej o swoje terytorium. Piach bezceremonialnie targany wiatrem chłoszcze moje ciało igiełkami bólu do kości.
Pieką mnie oczy, przecieram je niecierpliwie, strącam dłonią kropelki łez z koniuszków palców. Zapach wypełnia mnie całą, tak pachniesz tylko Ty, czysto, śmiało z odrobiną pikanterii, ostrości co rzeźbi moje uczucie zachwytu.
Jestem tu i chłonę go, przenika mnie przez włoski na ciele. Najeżam się momentalnie, zimno niespodziewanie wdziera się do mojego wnętrza przebijając gruboskórny skafander obojętnego miejskiego życia, który zakładam od lat do walki z nim. Kruszy go tak łatwo,że aż drżę z niecierpliwości w oczekiwaniu na tę nieuchronną katastrofę. I w jednej chwili rozpadam się, jestem wiatrem, jestem zapachem,jestem...
W końcu to czuję, krążę nad taflą zmierzwionej dziko wody, atomy mojego ciała tańczą nad jej powierzchnią, mieszam się z rozpylonymi kropelkami, ciałkami krystalicznej postaci. Zmieniłam stan skupienia, jestem wszędzie i nigdzie. Zaczynam się bać, że nie powrócę do tej bezpiecznej przystani codzienności, porannej kawy, marzeń sennych o twym ciele, o Twoich dłoniach białych jak śnieg i do Ciebie...
może nie chcę tego wcale już, może nie chcę...
Morze szumi we mnie, usypia mą niecierpliwość, poddaje się tak łatwo, za łatwo, prawie bez walki. Moje ciało jak skamieniała muszla, całe z miękkiego wapienia, pokłady martwych istnień pod moimi stopami, zatapiam się głęboko w ich niebyt. Na samym dnie granitowy głaz, bolesny upadek, moje myśli całe w sińcach, w tysiącach okruchów. Krążą ,wirują w szalonym pędzie i proszę, pył ściera ostrość granitu, zimny głaz nabiera powoli kształtu, coraz szybciej i szybciej, cierpliwie szlif po szlifie. Jakiś Ty piękny, drobinki wapienia bieleją na Twym ciele. Okrywam Cię z czułością, śpij cicho bez snów...
Budzisz się, strącasz je niecierpliwie, prawie ze wstrętem, łaskoczą Cię, porywa je wiatr. Już mnie nie ma, w ostatniej chwili chwytasz zapomniany pyłek, przyglądasz mu się z ciekawością z niemym prawie zachwytem. Niespodziewanie dla siebie samego, przykrywasz ostrożnie dłoń dłonią- w muszli mych rąk będziesz bezpieczna, tylko tyle mogę ci dać- szepczesz...
Drżę z rozkoszy targana wiatrem Twojego oddechu, wiruję Ci w dłoniach jak płatek śniegu. Tylko tyle...
Twój głos przywołuje mnie do porządku.
Och jak to boli.
Walczę z torsjami.
Było nie było, to już koniec...nowe otwarcie gry, gramy dalej ?
Nie będzie nowego otwarcia, koniec gry.
Szach i mat...
nie chcę tego wcale już, nie chcę...
nie lubię grać, po prostu
Tobie... ( tam, nie tu, daleko z tąd, nie teraz, dawno...)
Pieką mnie oczy, przecieram je niecierpliwie, strącam dłonią kropelki łez z koniuszków palców. Zapach wypełnia mnie całą, tak pachniesz tylko Ty, czysto, śmiało z odrobiną pikanterii, ostrości co rzeźbi moje uczucie zachwytu.
Jestem tu i chłonę go, przenika mnie przez włoski na ciele. Najeżam się momentalnie, zimno niespodziewanie wdziera się do mojego wnętrza przebijając gruboskórny skafander obojętnego miejskiego życia, który zakładam od lat do walki z nim. Kruszy go tak łatwo,że aż drżę z niecierpliwości w oczekiwaniu na tę nieuchronną katastrofę. I w jednej chwili rozpadam się, jestem wiatrem, jestem zapachem,jestem...
W końcu to czuję, krążę nad taflą zmierzwionej dziko wody, atomy mojego ciała tańczą nad jej powierzchnią, mieszam się z rozpylonymi kropelkami, ciałkami krystalicznej postaci. Zmieniłam stan skupienia, jestem wszędzie i nigdzie. Zaczynam się bać, że nie powrócę do tej bezpiecznej przystani codzienności, porannej kawy, marzeń sennych o twym ciele, o Twoich dłoniach białych jak śnieg i do Ciebie...
może nie chcę tego wcale już, może nie chcę...
Morze szumi we mnie, usypia mą niecierpliwość, poddaje się tak łatwo, za łatwo, prawie bez walki. Moje ciało jak skamieniała muszla, całe z miękkiego wapienia, pokłady martwych istnień pod moimi stopami, zatapiam się głęboko w ich niebyt. Na samym dnie granitowy głaz, bolesny upadek, moje myśli całe w sińcach, w tysiącach okruchów. Krążą ,wirują w szalonym pędzie i proszę, pył ściera ostrość granitu, zimny głaz nabiera powoli kształtu, coraz szybciej i szybciej, cierpliwie szlif po szlifie. Jakiś Ty piękny, drobinki wapienia bieleją na Twym ciele. Okrywam Cię z czułością, śpij cicho bez snów...
Budzisz się, strącasz je niecierpliwie, prawie ze wstrętem, łaskoczą Cię, porywa je wiatr. Już mnie nie ma, w ostatniej chwili chwytasz zapomniany pyłek, przyglądasz mu się z ciekawością z niemym prawie zachwytem. Niespodziewanie dla siebie samego, przykrywasz ostrożnie dłoń dłonią- w muszli mych rąk będziesz bezpieczna, tylko tyle mogę ci dać- szepczesz...
Drżę z rozkoszy targana wiatrem Twojego oddechu, wiruję Ci w dłoniach jak płatek śniegu. Tylko tyle...
Twój głos przywołuje mnie do porządku.
Och jak to boli.
Walczę z torsjami.
Było nie było, to już koniec...nowe otwarcie gry, gramy dalej ?
Nie będzie nowego otwarcia, koniec gry.
Szach i mat...
nie chcę tego wcale już, nie chcę...
nie lubię grać, po prostu
Tobie... ( tam, nie tu, daleko z tąd, nie teraz, dawno...)
czwartek, 14 października 2010
pół uczucia...czyli ciastko przyprawione pieprzem
Do pełni jeszcze pół księżyca, palę papierosa, to ostatni wieczorny papieros. Wypełnia mnie chłód nocy, wypełniają mnie uczucia , nie pustki ale prawie pełni a ja już nie mogę spać. Stoję na schodkach, ogród zaprasza miękkością nocy , aksamitną czernią, kusi, jak w Alicji w krainie czarów, przyzywa mnie, chodz , spróbuj mojego czekoladowego lukru.
Wypaliłam pół papierosa, w pół pełni Księżyca, jego srebrna łódeczka chowa się wstydliwie w kłębach chmur dymu z papierosa. Popływaj ze mną prosi ostatnim przebłyskiem srebra. Nie chce mi się ani dotykać mrocznych cieni ogrodu ani złudnej światłości Księżyca, po prostu mi się nie chce, chciałabym dotknąć Twojego ciepłego wnętrza, zatopić się w nim i usnąć.
Nie mogę, łóżko jest puste, zimna pościel nie ugości naszych ciał, nie ukołysze naszej niecierpliwej namiętności, pomarańczowa sypialnia nie wysłucha westchnień, jej smaczny kolor nie wchłonie naszych cieni, nie zatańczą na ścianach. Do pełni jeszcze pół księżyca, wypaliłam papierosa do końca , wyssałam łapczywie jego truciznę , która koi moje nerwy. I usta mam pełne goryczy z niedocałowania, smakują nie pocałunkami, nie smakują mi wcale.
Idę nie spać, nie idę nigdzie, nie jestem Alicją, nie mam złotego kluczyka , wypij mnie mówią do mnie jedynie, kusząco nalane bielą i różowością butelki z Ekwadoru i Chile. Utonę w nich sama na wpół dnie jednego kieliszka, bez pary...
Reszta się kurwa tłucze gdzieś między mną a Tobą, złudne szczęście we dwoje kupione za świąteczne bony w realu.
pa i pzdr i nie do zoba...
Nie nigdy, nie teraz, na zawsze kurwa mać, przyprawie Cię pieprze(m), Cię w pół uczucia, niesmaku ciasteczka bez absolut nie napisu.
pa i pozdr i tyle na ten temat...
bez ps. bo nic już nie ma(m) !
Wypaliłam pół papierosa, w pół pełni Księżyca, jego srebrna łódeczka chowa się wstydliwie w kłębach chmur dymu z papierosa. Popływaj ze mną prosi ostatnim przebłyskiem srebra. Nie chce mi się ani dotykać mrocznych cieni ogrodu ani złudnej światłości Księżyca, po prostu mi się nie chce, chciałabym dotknąć Twojego ciepłego wnętrza, zatopić się w nim i usnąć.
Nie mogę, łóżko jest puste, zimna pościel nie ugości naszych ciał, nie ukołysze naszej niecierpliwej namiętności, pomarańczowa sypialnia nie wysłucha westchnień, jej smaczny kolor nie wchłonie naszych cieni, nie zatańczą na ścianach. Do pełni jeszcze pół księżyca, wypaliłam papierosa do końca , wyssałam łapczywie jego truciznę , która koi moje nerwy. I usta mam pełne goryczy z niedocałowania, smakują nie pocałunkami, nie smakują mi wcale.
Idę nie spać, nie idę nigdzie, nie jestem Alicją, nie mam złotego kluczyka , wypij mnie mówią do mnie jedynie, kusząco nalane bielą i różowością butelki z Ekwadoru i Chile. Utonę w nich sama na wpół dnie jednego kieliszka, bez pary...
Reszta się kurwa tłucze gdzieś między mną a Tobą, złudne szczęście we dwoje kupione za świąteczne bony w realu.
pa i pzdr i nie do zoba...
Nie nigdy, nie teraz, na zawsze kurwa mać, przyprawie Cię pieprze(m), Cię w pół uczucia, niesmaku ciasteczka bez absolut nie napisu.
pa i pozdr i tyle na ten temat...
bez ps. bo nic już nie ma(m) !
środa, 13 października 2010
Jesień...
Dobry wieczór.
Właściwie to nie chciało mi się dzisiaj pisać, ale ...Impulsem było to co dzieje się za moimi i jak mniemam Twoimi oknami. Piękno, które pyszni się zuchwale, rozbuchana kolorami jesień, na którą tak czekałam. Spacery wśród liści i powietrza pachnącego kurzem. Usłyszałam kiedyś od kogoś, że jesień pachnie najpiękniej, wytrawną suchością liści i traw i umierającym słońcem...
Tak to prawda, On miał rację, niestety ja jej nie czuję i nie mogę jej nawet dotknąć teraz, leżę w łóżku chora, chora tym wszystkim co mnie otacza, mój organizm się w końcu poddał. Pościel pachnie lekami, potem i chorobą . Nie słońcem...
Pewnie jak wstanę to ten magiczny moment przeminie i będzie mnie rano witał tylko deszcz i przejmujący chłód. Sine poranki i ciężkie burzowe chmury przetaczające swe brzemienne od ulewy brzuchy nad moją głową. Mgła, która oblepi swoją nachalną gęstością szczelnie me ciało. I nie będzie to ochronny kokon szczęścia tylko smutek rezygnacji i przedsionek zimy. Jesień to przedpokój zimy, jakie to ładne...
Miałam nie pisać, jestem chora, ale do Ciebie mi się pisze najchętniej, naj łagodniej, słowa uwalniają się z mojej głowy jak szalone, kiedy piszę do ciebie. Wirują niczym dumna kurzawa, niosąca w swym otumanieniu resztki lata spalone słońcem. Wspomnienia, ciepła Twoich dalekich dłoni, prześwietlone zdjęcia z negatywów naszej przeszłości.
Spacery, lubię spacerować, poszłabym teraz na spacer, może trochę niechętnie jakby z ociąganiem, nieśmiało ale też z lubością, rozkosznie zanurzyłabym się w tej namiętności, jesiennej ciszy. Przeczytałam ostatnio,że kiedy nadchodzi jesień, ludzie chętniej umierają a ci co zostają modlą się tylko do okruchów granitu...Ja nie chciałabym umierać jesienią ,bo to najpiękniejsza pora na życie.
Przytrafiło mi się ostatnio coś co zaskoczyło mnie samą, a wiesz jak mnie trudno zaskoczyć, lżej oddycham, oczy mi błyszcza nie od łez, myśli mam pełne jesieni i jak kasztany o idealnym kształcie gałek ocznych ubranych w dojżałą zieleń turlają się prostymi alejkami . Jestem spokojna a nawet boże wybacz staram się być szczęśliwa, trochę, codziennym szczęściem prasowania koszul o wytartych kołnierzykach, mycia naczyń w letniej wodzie, dusznego gotowania ziemniaków, których obydwoje nie lubimy w kuchni pomalowanej farbą o kolorze dzikiego miodu. Ach te nowomodne nazwy z supermarketu dla współczesnych gospodyń domowych opętanych mnogością kabelków nowomodnych urządzeń elektronicznych tajemniczo mrugających do nich światełkami diod i mnożącymi się swoją wielokrotnością wprost proporcjonalną do zer na kontach ich mężów. Oplatają ich idealne ciała niczym dłonie kochanków spragnionych skradzionej miłości w hotelowych pokojach, ich puste od znudzenia oczy odbijają kolory ścian splamionych barwami jesieni kiedy w spazmatycznym odruchu rozkoszy otwierają je szeroko myśląc o kolejnym zakupie...
Spacery, jesień tego roku jest nie moja, nie należy do mnie, to nie mój sezon. Jest, ale ukryta za grubą szybą nie moich decyzji.
Szkoda bo rozmowa wśród tak pięknych zapachów byłaby lekka niczym opadające liście i przesycona ich barwami. Słowa krwawiły by nam usta do bólu wymówieniem całego milczenia, które jest w tej przestrzeni między nami...
Dobranoc Miły , może jednak pójdziemy na spacer,może jednak ? Chcesz ?
Nieee...
Właściwie to nie chciało mi się dzisiaj pisać, ale ...Impulsem było to co dzieje się za moimi i jak mniemam Twoimi oknami. Piękno, które pyszni się zuchwale, rozbuchana kolorami jesień, na którą tak czekałam. Spacery wśród liści i powietrza pachnącego kurzem. Usłyszałam kiedyś od kogoś, że jesień pachnie najpiękniej, wytrawną suchością liści i traw i umierającym słońcem...
Tak to prawda, On miał rację, niestety ja jej nie czuję i nie mogę jej nawet dotknąć teraz, leżę w łóżku chora, chora tym wszystkim co mnie otacza, mój organizm się w końcu poddał. Pościel pachnie lekami, potem i chorobą . Nie słońcem...
Pewnie jak wstanę to ten magiczny moment przeminie i będzie mnie rano witał tylko deszcz i przejmujący chłód. Sine poranki i ciężkie burzowe chmury przetaczające swe brzemienne od ulewy brzuchy nad moją głową. Mgła, która oblepi swoją nachalną gęstością szczelnie me ciało. I nie będzie to ochronny kokon szczęścia tylko smutek rezygnacji i przedsionek zimy. Jesień to przedpokój zimy, jakie to ładne...
Miałam nie pisać, jestem chora, ale do Ciebie mi się pisze najchętniej, naj łagodniej, słowa uwalniają się z mojej głowy jak szalone, kiedy piszę do ciebie. Wirują niczym dumna kurzawa, niosąca w swym otumanieniu resztki lata spalone słońcem. Wspomnienia, ciepła Twoich dalekich dłoni, prześwietlone zdjęcia z negatywów naszej przeszłości.
Spacery, lubię spacerować, poszłabym teraz na spacer, może trochę niechętnie jakby z ociąganiem, nieśmiało ale też z lubością, rozkosznie zanurzyłabym się w tej namiętności, jesiennej ciszy. Przeczytałam ostatnio,że kiedy nadchodzi jesień, ludzie chętniej umierają a ci co zostają modlą się tylko do okruchów granitu...Ja nie chciałabym umierać jesienią ,bo to najpiękniejsza pora na życie.
Przytrafiło mi się ostatnio coś co zaskoczyło mnie samą, a wiesz jak mnie trudno zaskoczyć, lżej oddycham, oczy mi błyszcza nie od łez, myśli mam pełne jesieni i jak kasztany o idealnym kształcie gałek ocznych ubranych w dojżałą zieleń turlają się prostymi alejkami . Jestem spokojna a nawet boże wybacz staram się być szczęśliwa, trochę, codziennym szczęściem prasowania koszul o wytartych kołnierzykach, mycia naczyń w letniej wodzie, dusznego gotowania ziemniaków, których obydwoje nie lubimy w kuchni pomalowanej farbą o kolorze dzikiego miodu. Ach te nowomodne nazwy z supermarketu dla współczesnych gospodyń domowych opętanych mnogością kabelków nowomodnych urządzeń elektronicznych tajemniczo mrugających do nich światełkami diod i mnożącymi się swoją wielokrotnością wprost proporcjonalną do zer na kontach ich mężów. Oplatają ich idealne ciała niczym dłonie kochanków spragnionych skradzionej miłości w hotelowych pokojach, ich puste od znudzenia oczy odbijają kolory ścian splamionych barwami jesieni kiedy w spazmatycznym odruchu rozkoszy otwierają je szeroko myśląc o kolejnym zakupie...
Spacery, jesień tego roku jest nie moja, nie należy do mnie, to nie mój sezon. Jest, ale ukryta za grubą szybą nie moich decyzji.
Szkoda bo rozmowa wśród tak pięknych zapachów byłaby lekka niczym opadające liście i przesycona ich barwami. Słowa krwawiły by nam usta do bólu wymówieniem całego milczenia, które jest w tej przestrzeni między nami...
Dobranoc Miły , może jednak pójdziemy na spacer,może jednak ? Chcesz ?
Nieee...
Subskrybuj:
Posty (Atom)









