sobota, 30 października 2010
wspomnienia z mgły utkane
Zeszłoroczna jesień...
Oj zrobiło się fotograficznie, trochę mrocznie, i niesamowicie ale to taka pora, którą uwielbiammm, mniam.
Zbliża się listopad, czas wspomnień i refleksji, wiec dzisiaj będzie trochę tak...
Co najpiękniejsze, to takie ciepłe wspomnienia, niczego nie żałuje, nie opłakuje, po prostu pamiętam .
To jest we mnie, tuż pod skórą, pulsuje żywą czerwienią, siateczką naczyń krwionośnych, prawie czuje ten zapach...jak zamknę oczy. Och było wtedy magicznie, czułam się bezpieczna jeszcze...
Uśmiecham się mimo mrocznego klimatu na zdjęciach, to taki mały prezent dla kogoś mi bliskiego, wciąż i chyba zawsze.
M jak masło...
Dziękuje Ci za cierpliwość dla mnie i akceptacje.
Przepraszam za to co się stało.
Lubię cię bardziej niż masło.
Jestem wciąż myślami tuż.
Nie chcę być cierniem, więc nie komplikuje.
Ale możesz mnie nazwać smokiem, wybacz...
Nie odwracam się, ginę po prostu we mgle.
Skoro Twym przekleństwem jest wszystko pamiętać, niech to będzie właśnie mgliste wspomnienie.
Dziękuje, przepraszam, akceptuje, lecz wybacz...
Lubię Cię bardziej niż masło.
Bo nie chcesz mnie innej.
Wciąż mam wątpliwości.
Bo nie chcesz mnie wcale.
Porozmawiaj ze mną czasem, zapraszam na herbatę i ciastka, dżwi do mojego świata są dla Ciebie zawsze na wpół otwarte, zawsze...
dozoba i pzdr
ciepłe myśli i promienny uśmiech, jak zwykle bez poświeceń...
PS. Wyrósł mi drugi róg, wyobrażasz sobie, narazie ledwo wyczuwalny pod skórą, będzie chyba mocno bolało jak się będzie wyżynał, nie wiem? Ty masz większe doświadczenie w tej kwestii, masz już cały komplet i ogon i kopyta ;-).
Cieszę się bo dualizm jest mi bliski, czułam lekką dysharmonię w moim życiu i brak kompletności a teraz, hmmm :-), dwa rogi to cudzysłów co zamyka mnie klamrą bezpieczną, choć pytania wciąż pozostają otwarte i bez odpowiedzi. Lecz gdybym miała wszystko to umarłabym w jednaj chwili.
choć czasem właśnie o tym marzę, za spacer jesienny oddałabym prawie wszystko co mam ...
bo lubię Cię bardziej niż masło...
jesteś moim prywatnym demonem...
EM.
piątek, 29 października 2010
tajemniczy ogród
Chyba się nie rozumiemy...
Już lepiej, ale to ja tu rządzę, kochanie...
To ten moment Miły...
Czyste piękno zapachu...
Wstręt...
Jestem ideałem...
Śmierć...
Plotki...
Dziewica...
Już lepiej, ale to ja tu rządzę, kochanie...
To ten moment Miły...
Czyste piękno zapachu...
Wstręt...
Jestem ideałem...
Śmierć...
Plotki...
Dziewica...
środa, 27 października 2010
...
Tyle piękna wokół mnie...Tyle kolorów, zapachów, ukochana jesień.
A ja wciąż nie byłam na moim wymarzonym spacerze, wciąż i już chyba nie pójdę, nie tej jesieni. Jakoś nie mogę się zmusić, jestem jakaś potrzaskana, rozbita i nie mogę tego skleić, narazie. Wiem, rozsądek podpowiada, że to minie, przyjdzie zima i zmrozi mnie w lodowym uścisku...Nawet słowa mi się nie zaplatają ostatnio, gorzka jestem bardzo, słodycz topię w czerwonym wytrawnym winie...
Wiem, rozsądek podpowiada, krzyczy do mnie, ale serce szepcze, zdrajca, podjudzacz, że to nie mój sezon, że wszystko stracone, że zmarnowałam to, straciłam bezpowrotnie coś na czym mi zależało najbardziej na świecie, że to moja wina...
Jakoś nie mogę się odwrócić, przenicować na słoneczną stronę, nie mogę się odwrócić...
Powinnam pójść za radą, którą tyle razy słyszałam i powiedzieć sobie, pier.... to, ale to też mi jakoś nie wychodzi...Trudno, poczekam na zimę i wszystko zostawię w jej dłoniach.
PS. Jutro będzie lepiej, napewno...jak zwykle optymistka ze skłonnością do neurozy, oj tam...;-)
A ja wciąż nie byłam na moim wymarzonym spacerze, wciąż i już chyba nie pójdę, nie tej jesieni. Jakoś nie mogę się zmusić, jestem jakaś potrzaskana, rozbita i nie mogę tego skleić, narazie. Wiem, rozsądek podpowiada, że to minie, przyjdzie zima i zmrozi mnie w lodowym uścisku...Nawet słowa mi się nie zaplatają ostatnio, gorzka jestem bardzo, słodycz topię w czerwonym wytrawnym winie...
Wiem, rozsądek podpowiada, krzyczy do mnie, ale serce szepcze, zdrajca, podjudzacz, że to nie mój sezon, że wszystko stracone, że zmarnowałam to, straciłam bezpowrotnie coś na czym mi zależało najbardziej na świecie, że to moja wina...
Jakoś nie mogę się odwrócić, przenicować na słoneczną stronę, nie mogę się odwrócić...
Powinnam pójść za radą, którą tyle razy słyszałam i powiedzieć sobie, pier.... to, ale to też mi jakoś nie wychodzi...Trudno, poczekam na zimę i wszystko zostawię w jej dłoniach.
PS. Jutro będzie lepiej, napewno...jak zwykle optymistka ze skłonnością do neurozy, oj tam...;-)
niedziela, 24 października 2010
dziś
Mogłabym w sumie napisać, że życie jest do d..., że k.... mać, mogłabym, bo to w sumie prawda...
ale mam jak zwykle wątpliwości ;-), ja i moje wierne przyjaciółki wątpliwości, mogłabym opisać dzisiejszy dzień w samych "superlatywach", ale tego nie zrobię.
Tak wiele się dzisiaj wydarzyło, jadłam na przykład pyszny tort bezowy, który przyprawił mnie o istny orgazm kulinarny,szkoda, ze tylko ;-), kupiłam Lu piękne biurko, moja koleżanka ma się dobrze po operacji, moja jedyna przyjaciółka, cóż u niej nie najlepiej, świeciło piękne słońce, jesień rozzuchwaliła się całkiem, śmiałam się dzisiaj i płakałam, mój prawie były mąż okazał się prawdziwym przyjacielem i oazą spokoju kiedy przeprowadzałam kolejną "akcję ratunkowa" i próbowałyśmy lepić z H. z gówna porcelanowa laleczkę.
Postanowiłam śmiać się przez łzy i płakać ze śmiechu, nie mam czasu na depresje, po prostu nie mam, uczę się żyć bez miłości, stłumiłam ją w sobie, wyrzuciłam z serca i umysłu, całkowicie jest de mode.
Wywietrzyłam wszystkie pokoje moich uczuć, wymyłam do zieleni zapomnienia szyby w wielkich oknach moich oczu, ciało mam poranione od szczotki nie dotykania...
Nigdy nie pozwolę sobie już na to by być prawdomówną, szczerą, by ujawnić to co czuję, nikt, naprawdę nikt chyba nie wie jak to boli, bolało... bo wymyłam zęby do czysta, wyczyściłam je moją srebrną niteczką szczęścia aż się przetarła do bólu dziąseł. Już nie mam nic, bo niczego już nie chcę, koniec. Uśmiecham się w sobie, czysta, biała, zielona i czarna. Stoję prosto, kręgosłup mojego życia zaśrubowany żelaznym pancerzem zdecydowania by już nigdy nikt i na zawsze... Tak postanowiłam i tak zrobię.
Tylko te cholerne wątpliwości...
Jest bowiem głęboko, w najodleglejszym zakamarku mojego ja, jedno miejsce, pokój, do którego nie odważyłam się wyrzucić klucza, bo właściciel tego miejsca na to nie zasługuje, mimo wszystko, obiecałam mu to, a ja zawsze dotrzymuje słowa. To jego azyl, ja nie mam na to wpływu, mogę po prostu tam nigdy nie wchodzić i tyle...
Wysokie okna, jasne ściany w perłowym odcieniu, wielkie łóżko z białą pościelą, drewniana ciepła w dotyku podłoga, kryształowy żyrandol pięknie odbijający światło, za oknami widok na morze i port...
Tak dzisiejszy dzień, był piękny, szkoda ,że ...
Ach nie, nie myślę o tym teraz, pomyślę o tym jutro...
Uśmiecham się więc i z pod pół przymkniętych powiek, soczysta zieleń moich oczu obserwuje rozwój wydarzeń chłonąc każdą chwilę, dotykam ją leciutko opuszkami palców, pocałunek na dobranoc...
Idę spać...
ale mam jak zwykle wątpliwości ;-), ja i moje wierne przyjaciółki wątpliwości, mogłabym opisać dzisiejszy dzień w samych "superlatywach", ale tego nie zrobię.
Tak wiele się dzisiaj wydarzyło, jadłam na przykład pyszny tort bezowy, który przyprawił mnie o istny orgazm kulinarny,szkoda, ze tylko ;-), kupiłam Lu piękne biurko, moja koleżanka ma się dobrze po operacji, moja jedyna przyjaciółka, cóż u niej nie najlepiej, świeciło piękne słońce, jesień rozzuchwaliła się całkiem, śmiałam się dzisiaj i płakałam, mój prawie były mąż okazał się prawdziwym przyjacielem i oazą spokoju kiedy przeprowadzałam kolejną "akcję ratunkowa" i próbowałyśmy lepić z H. z gówna porcelanowa laleczkę.
Postanowiłam śmiać się przez łzy i płakać ze śmiechu, nie mam czasu na depresje, po prostu nie mam, uczę się żyć bez miłości, stłumiłam ją w sobie, wyrzuciłam z serca i umysłu, całkowicie jest de mode.
Wywietrzyłam wszystkie pokoje moich uczuć, wymyłam do zieleni zapomnienia szyby w wielkich oknach moich oczu, ciało mam poranione od szczotki nie dotykania...
Nigdy nie pozwolę sobie już na to by być prawdomówną, szczerą, by ujawnić to co czuję, nikt, naprawdę nikt chyba nie wie jak to boli, bolało... bo wymyłam zęby do czysta, wyczyściłam je moją srebrną niteczką szczęścia aż się przetarła do bólu dziąseł. Już nie mam nic, bo niczego już nie chcę, koniec. Uśmiecham się w sobie, czysta, biała, zielona i czarna. Stoję prosto, kręgosłup mojego życia zaśrubowany żelaznym pancerzem zdecydowania by już nigdy nikt i na zawsze... Tak postanowiłam i tak zrobię.
Tylko te cholerne wątpliwości...
Jest bowiem głęboko, w najodleglejszym zakamarku mojego ja, jedno miejsce, pokój, do którego nie odważyłam się wyrzucić klucza, bo właściciel tego miejsca na to nie zasługuje, mimo wszystko, obiecałam mu to, a ja zawsze dotrzymuje słowa. To jego azyl, ja nie mam na to wpływu, mogę po prostu tam nigdy nie wchodzić i tyle...
Wysokie okna, jasne ściany w perłowym odcieniu, wielkie łóżko z białą pościelą, drewniana ciepła w dotyku podłoga, kryształowy żyrandol pięknie odbijający światło, za oknami widok na morze i port...
Tak dzisiejszy dzień, był piękny, szkoda ,że ...
Ach nie, nie myślę o tym teraz, pomyślę o tym jutro...
Uśmiecham się więc i z pod pół przymkniętych powiek, soczysta zieleń moich oczu obserwuje rozwój wydarzeń chłonąc każdą chwilę, dotykam ją leciutko opuszkami palców, pocałunek na dobranoc...
Idę spać...
piątek, 22 października 2010
:-)
jakie to dziwne, wczorajsze cienie są mglistym wspomnieniem...
wszystko OK, no może nie wszystko...
gdybym miała wszystko umarłabym...
nie miałabym o czym marzyć...
nie miałabym do czego tęsknić...
nie miałabym o co walczyć...
nie umiałabym z tym żyć...
jest taka jedna rzecz, pragnienie, które mnie nie opuszcza od jakiegoś czasu...
jest taka jedna rzecz, pragnienie...
jest...
hmm :-)
kiedyś, napewno, wiem, że warto
niczego nie żałuje
ciepłe myśli i uśmiech promienny, jak zawsze
dobrej nocy
wszystko OK, no może nie wszystko...
gdybym miała wszystko umarłabym...
nie miałabym o czym marzyć...
nie miałabym do czego tęsknić...
nie miałabym o co walczyć...
nie umiałabym z tym żyć...
jest taka jedna rzecz, pragnienie, które mnie nie opuszcza od jakiegoś czasu...
jest taka jedna rzecz, pragnienie...
jest...
hmm :-)
kiedyś, napewno, wiem, że warto
niczego nie żałuje
ciepłe myśli i uśmiech promienny, jak zawsze
dobrej nocy
Kartka z podróży
Morze wzdęte rozkosznie zielenią błękitu rozpina przede mną swój bezmiar. Nieśmiało stąpam po okruszkach śmierci, muszelkach ślimaczych zmielonych na pyłek, drobiny kurzu przeszłości wyłażą mi między palcami stóp jak robaczki. Łaskoczą je i kształtują znaki mojego ja na piasku. Zachłannie zlizuje je zimny jęzor fali, spienionej i walczącej o swoje terytorium. Piach bezceremonialnie targany wiatrem chłoszcze moje ciało igiełkami bólu do kości.
Pieką mnie oczy, przecieram je niecierpliwie, strącam dłonią kropelki łez z koniuszków palców. Zapach wypełnia mnie całą, tak pachniesz tylko Ty, czysto, śmiało z odrobiną pikanterii, ostrości co rzeźbi moje uczucie zachwytu.
Jestem tu i chłonę go, przenika mnie przez włoski na ciele. Najeżam się momentalnie, zimno niespodziewanie wdziera się do mojego wnętrza przebijając gruboskórny skafander obojętnego miejskiego życia, który zakładam od lat do walki z nim. Kruszy go tak łatwo,że aż drżę z niecierpliwości w oczekiwaniu na tę nieuchronną katastrofę. I w jednej chwili rozpadam się, jestem wiatrem, jestem zapachem,jestem...
W końcu to czuję, krążę nad taflą zmierzwionej dziko wody, atomy mojego ciała tańczą nad jej powierzchnią, mieszam się z rozpylonymi kropelkami, ciałkami krystalicznej postaci. Zmieniłam stan skupienia, jestem wszędzie i nigdzie. Zaczynam się bać, że nie powrócę do tej bezpiecznej przystani codzienności, porannej kawy, marzeń sennych o twym ciele, o Twoich dłoniach białych jak śnieg i do Ciebie...
może nie chcę tego wcale już, może nie chcę...
Morze szumi we mnie, usypia mą niecierpliwość, poddaje się tak łatwo, za łatwo, prawie bez walki. Moje ciało jak skamieniała muszla, całe z miękkiego wapienia, pokłady martwych istnień pod moimi stopami, zatapiam się głęboko w ich niebyt. Na samym dnie granitowy głaz, bolesny upadek, moje myśli całe w sińcach, w tysiącach okruchów. Krążą ,wirują w szalonym pędzie i proszę, pył ściera ostrość granitu, zimny głaz nabiera powoli kształtu, coraz szybciej i szybciej, cierpliwie szlif po szlifie. Jakiś Ty piękny, drobinki wapienia bieleją na Twym ciele. Okrywam Cię z czułością, śpij cicho bez snów...
Budzisz się, strącasz je niecierpliwie, prawie ze wstrętem, łaskoczą Cię, porywa je wiatr. Już mnie nie ma, w ostatniej chwili chwytasz zapomniany pyłek, przyglądasz mu się z ciekawością z niemym prawie zachwytem. Niespodziewanie dla siebie samego, przykrywasz ostrożnie dłoń dłonią- w muszli mych rąk będziesz bezpieczna, tylko tyle mogę ci dać- szepczesz...
Drżę z rozkoszy targana wiatrem Twojego oddechu, wiruję Ci w dłoniach jak płatek śniegu. Tylko tyle...
Twój głos przywołuje mnie do porządku.
Och jak to boli.
Walczę z torsjami.
Było nie było, to już koniec...nowe otwarcie gry, gramy dalej ?
Nie będzie nowego otwarcia, koniec gry.
Szach i mat...
nie chcę tego wcale już, nie chcę...
nie lubię grać, po prostu
Tobie... ( tam, nie tu, daleko z tąd, nie teraz, dawno...)
Pieką mnie oczy, przecieram je niecierpliwie, strącam dłonią kropelki łez z koniuszków palców. Zapach wypełnia mnie całą, tak pachniesz tylko Ty, czysto, śmiało z odrobiną pikanterii, ostrości co rzeźbi moje uczucie zachwytu.
Jestem tu i chłonę go, przenika mnie przez włoski na ciele. Najeżam się momentalnie, zimno niespodziewanie wdziera się do mojego wnętrza przebijając gruboskórny skafander obojętnego miejskiego życia, który zakładam od lat do walki z nim. Kruszy go tak łatwo,że aż drżę z niecierpliwości w oczekiwaniu na tę nieuchronną katastrofę. I w jednej chwili rozpadam się, jestem wiatrem, jestem zapachem,jestem...
W końcu to czuję, krążę nad taflą zmierzwionej dziko wody, atomy mojego ciała tańczą nad jej powierzchnią, mieszam się z rozpylonymi kropelkami, ciałkami krystalicznej postaci. Zmieniłam stan skupienia, jestem wszędzie i nigdzie. Zaczynam się bać, że nie powrócę do tej bezpiecznej przystani codzienności, porannej kawy, marzeń sennych o twym ciele, o Twoich dłoniach białych jak śnieg i do Ciebie...
może nie chcę tego wcale już, może nie chcę...
Morze szumi we mnie, usypia mą niecierpliwość, poddaje się tak łatwo, za łatwo, prawie bez walki. Moje ciało jak skamieniała muszla, całe z miękkiego wapienia, pokłady martwych istnień pod moimi stopami, zatapiam się głęboko w ich niebyt. Na samym dnie granitowy głaz, bolesny upadek, moje myśli całe w sińcach, w tysiącach okruchów. Krążą ,wirują w szalonym pędzie i proszę, pył ściera ostrość granitu, zimny głaz nabiera powoli kształtu, coraz szybciej i szybciej, cierpliwie szlif po szlifie. Jakiś Ty piękny, drobinki wapienia bieleją na Twym ciele. Okrywam Cię z czułością, śpij cicho bez snów...
Budzisz się, strącasz je niecierpliwie, prawie ze wstrętem, łaskoczą Cię, porywa je wiatr. Już mnie nie ma, w ostatniej chwili chwytasz zapomniany pyłek, przyglądasz mu się z ciekawością z niemym prawie zachwytem. Niespodziewanie dla siebie samego, przykrywasz ostrożnie dłoń dłonią- w muszli mych rąk będziesz bezpieczna, tylko tyle mogę ci dać- szepczesz...
Drżę z rozkoszy targana wiatrem Twojego oddechu, wiruję Ci w dłoniach jak płatek śniegu. Tylko tyle...
Twój głos przywołuje mnie do porządku.
Och jak to boli.
Walczę z torsjami.
Było nie było, to już koniec...nowe otwarcie gry, gramy dalej ?
Nie będzie nowego otwarcia, koniec gry.
Szach i mat...
nie chcę tego wcale już, nie chcę...
nie lubię grać, po prostu
Tobie... ( tam, nie tu, daleko z tąd, nie teraz, dawno...)
czwartek, 21 października 2010
Wielkomiejski szyk
Dziś jest pełnia, a ludzie śpią w swych ciasnych mieszkankach i tego nie widzą. Ich umysły pełne chęcią posiadania, żarłocznymi żądzami przeżywania wirtualnych przygód, zamknięte, zaklejone, bez smaku, nie widzące oczy, smutne serca, martwe dusze...
Stoję na schodach jak zaczarowana lśniącą taflą Księżyca. To takie magiczne i piękne, niczym nie zmącona cisza, którą tylko ja widzę, jest moja prywatna, tylko dla manie. Powtarzam sobie w duchu- jaki to wszystko ma sens, jaka jest ta nieodgadniona przyczyna. Kiedyś powiedziałeś mi, że to nic nowego, nic spektakularnego, że to nudne. Mówiłeś z miną znawcy wszechrzeczy, że to już się wydarzyło i nieopisany ogrom ludzkich jednostek to przeżywa i odkrył to przede mną.
Ale stojąc dziś wobec tego niekwestionowanego cudu przestałam Ci wierzyć. Mimo, że wcześniej kiwałam jak automat głową i tkwiłam w przekonaniu o Twojej racji.
Och jak bardzo się myliłeś. Te czarowne czary nadal działają.
Jakiś Ty biedny- pomyślałam sobie- nie czujesz tego, nie widzisz, przeczytałeś mnóstwo mądrych słów wypowiedzianych i napisanych przez tylu mądrych ludzi i nadal masz zamknięte oczy i umysł. Twoje serce śpi pod kurzem z tych niewątpliwe sumiennie napisanych woluminów, tomisk pełnych cudzych przemyśleń i straconych nadziei na ujrzenie tego co ja dzisiaj widzę. Tak po prostu stojąc na schodkach swojego prostego życia, opętanego porannym robieniem kanapek, prasowaniem przetartych kołnierzyków, noszeniem siatek z zakupami , które masz w takiej pogardzie.
Ja to poczułam, dotknęłam, przeszyło mnie to do głębi i wypełniło lepką i trywialną słodyczą szczęścia.
Tak - powiesz- i co z tego, jakie masz głębokie wnioski, niepokojące przemyślenia, gdzie mądra i pełna matematycznych prawie wniosków wiedza tajemna.
Tylko się będę do Ciebie śmiała- nie potrzebna mi wiedza głupcze, potrzebne mi szczęście.
To głupie- odpowiesz z kpiną- szczęście to nic, to ułuda, zjem tabliczkę mlecznej czekolady i też to poczuje.
Być może masz rację Miły, tylko się uśmiecham i mrużę oczy i pod powiekami widzę ten banalny Księżyc i to jedyne uczucie wciąż mnie nie opuszcza, jest silne i rośnie we mnie...
Światło oświetla moje schody, schody do zwykłego życia i tego nikt mi nie odbierze, to tylko moje- myślę przez moment zachłannie, ale uczucie szczęścia przebija mój brak empatii i uśmiecham się tylko, zagladam w Twoje żółte oczy smoka i mówię- chcesz podzielę się z Tobą moją tabliczką mlecznej czekolady z Księżyca , chcesz ?
chcę...
Dla W.
( pewna pełnia w tym mieście, około 10 miesięcy temu...)
Stoję na schodach jak zaczarowana lśniącą taflą Księżyca. To takie magiczne i piękne, niczym nie zmącona cisza, którą tylko ja widzę, jest moja prywatna, tylko dla manie. Powtarzam sobie w duchu- jaki to wszystko ma sens, jaka jest ta nieodgadniona przyczyna. Kiedyś powiedziałeś mi, że to nic nowego, nic spektakularnego, że to nudne. Mówiłeś z miną znawcy wszechrzeczy, że to już się wydarzyło i nieopisany ogrom ludzkich jednostek to przeżywa i odkrył to przede mną.
Ale stojąc dziś wobec tego niekwestionowanego cudu przestałam Ci wierzyć. Mimo, że wcześniej kiwałam jak automat głową i tkwiłam w przekonaniu o Twojej racji.
Och jak bardzo się myliłeś. Te czarowne czary nadal działają.
Jakiś Ty biedny- pomyślałam sobie- nie czujesz tego, nie widzisz, przeczytałeś mnóstwo mądrych słów wypowiedzianych i napisanych przez tylu mądrych ludzi i nadal masz zamknięte oczy i umysł. Twoje serce śpi pod kurzem z tych niewątpliwe sumiennie napisanych woluminów, tomisk pełnych cudzych przemyśleń i straconych nadziei na ujrzenie tego co ja dzisiaj widzę. Tak po prostu stojąc na schodkach swojego prostego życia, opętanego porannym robieniem kanapek, prasowaniem przetartych kołnierzyków, noszeniem siatek z zakupami , które masz w takiej pogardzie.
Ja to poczułam, dotknęłam, przeszyło mnie to do głębi i wypełniło lepką i trywialną słodyczą szczęścia.
Tak - powiesz- i co z tego, jakie masz głębokie wnioski, niepokojące przemyślenia, gdzie mądra i pełna matematycznych prawie wniosków wiedza tajemna.
Tylko się będę do Ciebie śmiała- nie potrzebna mi wiedza głupcze, potrzebne mi szczęście.
To głupie- odpowiesz z kpiną- szczęście to nic, to ułuda, zjem tabliczkę mlecznej czekolady i też to poczuje.
Być może masz rację Miły, tylko się uśmiecham i mrużę oczy i pod powiekami widzę ten banalny Księżyc i to jedyne uczucie wciąż mnie nie opuszcza, jest silne i rośnie we mnie...
Światło oświetla moje schody, schody do zwykłego życia i tego nikt mi nie odbierze, to tylko moje- myślę przez moment zachłannie, ale uczucie szczęścia przebija mój brak empatii i uśmiecham się tylko, zagladam w Twoje żółte oczy smoka i mówię- chcesz podzielę się z Tobą moją tabliczką mlecznej czekolady z Księżyca , chcesz ?
chcę...
Dla W.
( pewna pełnia w tym mieście, około 10 miesięcy temu...)
środa, 20 października 2010
słodycz wieczornego seansu
przystanek, przystaje tam zawsze po
linia autobusowa mojego życia
pulsuje krwawą pręgą wewnątrz mojej dłoni
płatki śniegu z głuchym łoskotem
kładą się zmęczoną bielą wieczoru
osiadają już śpiąco na płytki chodnikowe
stąpam ciężko po kruchym lodzie
łamiąc wszelkie zasady wieczornego seansu
przystanek, przystaje tam zawsze po
czego pragniesz ...
kup mi lukrecję , proszę
nienawidzę szczęśliwych par
mówiłeś poważnie
śmiałam się do łez wtedy
jej czarna słodycz kolorowała moje serce
do granic, nie wychodząc poza linie dobrego smaku
linia autobusowa mojego życia
pulsuje krwawą pręgą wewnątrz mojej dłoni
płatki śniegu z głuchym łoskotem
kładą się zmęczoną bielą wieczoru
osiadają już śpiąco na płytki chodnikowe
stąpam ciężko po kruchym lodzie
łamiąc wszelkie zasady wieczornego seansu
przystanek, przystaje tam zawsze po
czego pragniesz ...
kup mi lukrecję , proszę
nienawidzę szczęśliwych par
mówiłeś poważnie
śmiałam się do łez wtedy
jej czarna słodycz kolorowała moje serce
do granic, nie wychodząc poza linie dobrego smaku
wtorek, 19 października 2010
relacje
rozstanie
przerywany stosunek
nie zapładnia myśli bólem
przyklejam plasterek przeciw
na ranę
nie krwawi
dziecko szczęścia ze mnie
nie płacze w mym wnętrzu
to tylko przerywany stosunek
nie krwawi, spokojnie
zasypiam...
plasterek na szczęście
przerywany stosunek
nie zapładnia myśli bólem
przyklejam plasterek przeciw
na ranę
nie krwawi
dziecko szczęścia ze mnie
nie płacze w mym wnętrzu
to tylko przerywany stosunek
nie krwawi, spokojnie
zasypiam...
plasterek na szczęście
a jednak...
tęsknie, nerwowe trzepotanie skrzydełek
nozdrza...
w płatki uszu szeptałam wirtualnie
prze całowałam milimetry Twoich ust
w myślach
nie chcący przeklinam i pozdrawiam
jak zwykle czule chowam Cię na potem
pachnie powietrze
nozdrza...nerwowo
uspokój się już
nie proszę o
nic...nie mam
siły na PS, tęsknie nerwowo...prze
z Ciebie
nozdrza...
w płatki uszu szeptałam wirtualnie
prze całowałam milimetry Twoich ust
w myślach
nie chcący przeklinam i pozdrawiam
jak zwykle czule chowam Cię na potem
pachnie powietrze
nozdrza...nerwowo
uspokój się już
nie proszę o
nic...nie mam
siły na PS, tęsknie nerwowo...prze
z Ciebie
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)









