jeszcze chwila...
jeszcze chwila...
hmmm...
No tak jest dokładnie szósta, przewidywalna powtarzalność, idealnie co do
sekundy, jak co dzień, przewidywalność, moja kotwica dnia. Dzwony z pobliskiego
kościoła oznajmiają mi, że wiara czyni cuda, i że Bóg mimo wszystko istnieje,
jeśli ktoś w to wierzy jak mawia moja córka. Generalnie wiara jest obecna w
moim świecie codziennie od szóstej rano. Wiara i muzyka :)
Pierwsze uderzenie, trochę blaszany dźwięk, serce dzwonu chyba ma skazę,
potem następne, rytmicznie i równo, a teraz kuranty i śpiewający pies. O Boże.
Trening czyni mistrza, jest co raz lepszy, ćwiczy przecież codziennie, o
dziś zaczyna od wysokich tonów, potem niskie basy i znów wysoko. Jak czarownie,
nutka w nutkę, długie, uuu uuu. wyjątkowo drażniące moje uszy. Śpiewający
pies
Trzeba wstawać, podnieść rolety, przeciągnąć się. Dziś pewnie zimno,
zaraz zaraz, którego to dzisiaj, już listopad, czy jeszcze październik,. Tak,
tak kiwam w myślach głową. Tak, tak to konsekwencja życia bez
kalendarza. Rytm mojego życia odmierza śpiewający pies, okres i brak
lub istnienie sztormów.
Jeszcze chwila, błagam, zakrywam głowę poduszką, wilgotną od łez. Znowu
płakałam w nocy, fuj.
W ogóle tego nie kontroluję, to dzieje się niezależnie od mojej woli, kiedy
nadchodzi ten szczególny moment, czas, po prostu płaczę w nocy, nic mi się nie
śni tylko te łzy. To takie kłopotliwe, niewygodne i żenujące zarazem. Potem
poduszka nieładnie pachnie i muszę ją prać. Mam drugą ale jest mi tak żal że
nie ma głowy, którą by przytuliła, że wrzuciłam ją na górną półkę szafy jakiś
czas temu i leży tam śmiertelnie na mnie obrażona. Ona pewnie też czeka,
wariatka jedna, wierna jak suka na swojego pana, który może nigdy nie powróci.
Eee tam...
Pies nie daje za wygraną, uparciuch jeden, nie jest już najmłodszy ale
wciąż kierują nim szczenięce nawyki. Pamiętam go jak był
tylko biszkoptową kupką futerka na białym śniegu, uczył się jeszcze i czasem
nie trafiał w tony. Teraz to prawie psi emeryt. powłóczy czasem nogami, nie dowidzi
na jedno oko i zgubił prawie wszystkie zęby ale smaczny kolor
jego sierści nadal sprawia, że robię się głodna.
Śpiewa.
Nigdy rano nie otwieram od razu oczu, leżę z zamkniętymi powiekami kilka
chwil, otulam się ramionami by poczuć choć przez moment dotyk, wkładam dłoń w dłoń
i prawię czuje Jego palce. Fakturę Jego skóry, ma piękne dłonie, dłonie pisarza
lub pianisty, delikatne, wypielęgnowane o długiej płytce paznokcia. A
jednocześnie niesamowicie męskie i okrutnie seksowne. Prawie czuje Jego
ciepło, prawie...
Leżę tak dłoń w dłoni i dopiero po chwili zdaje sobie sprawę, że ta
para należy tylko do mnie, samotne ręce na czarnym prześcieradle.
Mam lekką obsesję na tym punkcie, prześcieradło musi być czarne lub bordowe, na
ciemnym tle moje dłonie wyglądają tak bezbronnie i obco jak wycięte z papieru,
na ciemnym prześcieradle kiedyś w tej sypialni ślady naszej namiętności, smuga
jego spermy jak podpis złożony narzędziem miłości, które sprawiało mi taką
rozkosz. Lubię ciemne prześcieradła.
Pies przestał, już się nie zamyślam, che mi się siku, chce mi się
jednocześnie pić, muszę się umyć, bose stopy dotykają podłogi, jest ciepła. Tak
to już listopad...wstałam i nagły podmuch powietrza postawił moje sutki na
baczność. Poczułam mrowienie i delikatne wirki wokół nich, jakby On znowu
zataczał małe kółeczka bawiąc się nimi kiedy leżeliśmy zmęczeni seksem.
Śpię nago. Od pewnego czasu lub w Jego rzeczach. Jakiś
czas potem jak tu przyjechałam znalazłam pod łóżkiem karton z Jego
rzeczami. Dom był idealnie wyczyszczony, tylko łóżko, czarne prześcieradło i
ten karton. Kilka par bokserek, sprane podkoszulki przesiąknięte Jego zapachem,
cudowna bielizna nocna, jaka erotyczna.
Dla mnie tak.
Długi okres czasu ich nie prałam, nie mogłam, to wszystko co mi po Nim
zostało, stare rzeczy puste brakiem ukochanego ciała, dzięki nim
wiedziałam, że istnieje, trzymały mnie w ryzach, stawiały do pionu.
Ale minęło tyle czasu, zapach się ulotnił, sprały się resztki Jego naskórka,
nano atomy Jego obecności, mikro cząsteczki Jego ja.
Śpię nago lub w jego rzeczach. By nie zatracić wspomnień kupiłam nawet naszą
ulubioną pościel, identyczne ręczniki, koce, talerze i czerwony skórzany
narożnik, nie wyszła mi tylko powtórka plamy po oliwie z
Biedronki, a szkoda, miała kształt skrzydła motyla. a teraz jest bez kształtną
ciapą, ble.
Ile to czasu już minęło? Jak długo już tu jestem ? Straciłam rachubę.
Dom wygląda prawie jak kiedyś, większość mebli udało mi się
odtworzyć, wyszperałam na wyprzedażach stosy identycznych książek,
dokonałam zakupu lunety, powiesiłam obrazki na ścianach, zamówiłam podobny
kominek...tylko On zniknął, Jego nie umiem wyrzeźbić z zapachu spranej
bielizny, z mgły moich wspomnień z moich łez i uczuć, nie
umiem...Absolutnie żaden market nie ma Go w swojej ofercie nawet ten wysyłkowy.
Wciąż próbuje, każdego dnia, godziny, minuty i chwili, nie umiem...
Wołam Go co noc niemym krzykiem, szepczę rankiem czułe dzień dobry, w ciągu
dnia całuje czubek Jego głowy i w wyjątkowo piękne przed południe siedzę na tej
samej ławeczce na molo i opieram głowę o Jego ramię, wkładam swoją dłoń
uparcie, w zagłębienie Jego ramienia i szukam tam kojącego ciepła.
Odwracam się i migawka wspomnień w moim mózgu robi pstryk i odblask
światła na Jego okularach, delikatny uśmiech na Jego wargach, miodowy
odcień opalonej skóry, siwe włosy na brodzie i lwia bruzda ... cały
On, On
Ile już tu jestem ? Jak długo czekam ? Zapomniałam.
Dzwonek do drzwi.
Dziś ma przyjść ktoś z administracji, znowu kratki wentylacyjne, znowu biorę
do ręki długopis i podpisuje się jego nazwiskiem. Facet, który przyszedł,
uśmiecha się do mnie i mówi- Coś męża długo nie ma ? Wyjechał za granicę ?
Patrzę na niego i milczę. Nie jestem Jego stałą żoną, matką Jego dzieci. Kim
jestem ?
Sezonową panią domu, tymczasową żoną, co jakiś czas kochanką, zawsze przyjaciółką.
Jestem.
Czekam.
Podniosłam rolety w salonie, łagodne światło szarego poranka wdziera się do
wnętrza, odwracam głowę i widzę Jego cień, zarys Jego ciała,
słyszę charakterystyczne stąpanie bosych stóp, światło i moje oczy płatają
mi figle. Jego miękka sylwetka przy blacie kuchennym, dłonie do których tak
tęsknie kroją chleb, majonez nie masło...
Pachniesz świątecznym ciastem a Twoja sperma ma gorzki posmak - mówię
do Ciebie i z rąk wypada mi błękitny talerz, miliony odłamków na
podłodze, moje potrzaskane uczucia...
Czekam...
Miewasz takie smutne oczy...
opisując rzeczywistość stwarzamy nowy jej wymiar, kalka wspomnień, wrażeń,
ulotnych zapachów, przypadkowych dotknięć, muśnięć, taka jest rzeczywistość lub
jeden z jej wymiarów, w tych wymiarach stwarzam Cię wciąż od nowa, buduję Twoje
ciało, atom po atomie, litera po literze, przecinki jak zmarszczki
na Twojej twarzy, przypadkowe gesty niczym klik klik w klawiaturę...
jak zbudować Twój zapach, jak przywołać smak Twojej skóry, mam kościec, oś
Twego ciała, kolejne akapity, litera po literze, nie pozbawione błędów zdania i
tylko potem jakaś miła pani redaktor, tysiąc kilometrów z tąd ułoży wszystko w
zgrabną całość..zredaguje stronice moich uczuć do Ciebie, scali Cię w piękną,
idealną harmonię, zepnie klamrą cudzysłowów, ugładzi Twoje niepokoje, ona nie
ja, kurwamać..
mechanika ciała, bose stopy na drewnianej podłodze, ślady po piance do
golenia, których szukam obsesyjnie...
i nawet pies zaśpiewa jutro rano swoją piosenkę, wszystko jest takie
przewidywalne...
najbardziej Twoja nieobecność...
jutro zaszaleję, pojadę do miasta...co za ekstrawagancja :)