wtorek, 28 sierpnia 2012

fiszka nr 4...


Miałam dzisiaj jechać do miasta, popełnić niewybaczalną ekstrawagancję w moim idealnym, wygładzonym, pozbawionym niespodzianek grafiku dnia. Pojechać do miasta.

 Lubię Gdańsk, mam do niego sentyment. Pamiętam jak pierwszy raz tu byłam chyba w trzeciej klasie liceum plastycznego. Wycieczka klasowa, czy coś w tym stylu. Tak chyba wycieczka. Bo szperam w zakamarkach pamięci i widzę nas wszystkich na Długim Targu, obok Dworu Artusa. Zabytek architektury, który koniecznie trzeba było zaliczyć.
Zaliczyliśmy podczas tej wycieczki nie jedną rzecz niekoniecznie zabytkową. Niektórzy nawet kilka razy i dzięki temu udało im się pozbyć kłopotliwego ciężaru dziewictwa. Zaliczyliśmy też oprócz naszych ciał  nie jedno wino wypite na strychu domu- schroniska, w którym mieliśmy noclegi. Wybraliśmy strych bo w piwnicach ponoć straszyło. Na dzień dobry jeden facetów z obsługi schroniska poczęstował nas jak zatrutym tortem cudownie, niebezpiecznie, polukrowaną historyjką dotyczącą tego miejsca. Mianowicie w okresie miedzy wojennym mieścił się tam przytułek dla bezdomnych sierot, również narodowości żydowskiej i w pierwszych miesiącach wojny owe sieroty zostały zamordowane w piwnicach tego domu. Nie wiem ile w tym było prawdy, w sumie część tej opowieści zatarła się w mojej głowie i pamiętam tylko, że jakieś niewinne dziecięce duszyczki tłoczą się do dziś dzień w ciemnych i ciasnych piwnicach i straszą...  i my banda bezczelnych rozbuchanych hormonami małolatów baliśmy się tego okrutnie.
Jest jeszcze jedno nie tak makabryczne wspomnienie związane z tamtym czasem i ono ukształtowało całe moje życie aż do dzisiejszego dnia.
Na tej wycieczce wybraliśmy się z D. na mały samotny rekonesans mrocznymi uliczkami Gdańska i nie były to utarte szlaki wycieczkowe, broń panie Boże. Pamiętam, że noc była wyjątkowo ciepła i mocno księżycowa. Chodziliśmy trzymając się za ręce w milczeniu. Trochę się całowaliśmy jak zwykle, D. nawet posunął się krok dalej i włożył mi swoją wielką dłoń pod spódnicę w celu odszukania tajemnicy mojego istnienia ale oznajmiłam mu ze śmiechem dźwięczącym jak tysiąc srebrnych dzwoneczków żeby sobie dał spokój bo mam okres. Mnie to nie szczególnie przeszkadzało, uważam że seks  podczas okresu jest równie interesujący i ciekawy jak i kiedy go nie ma, ale D. był młodym chłopcem i w pobliżu nie było źródła wody by mógł sobie umyć potem palce więc cofnął dłoń i poszliśmy dalej.
Zaszliśmy aż nad Motławę i tam na jednej z wystaw sklepu z magią czyli z książkami wypatrzyłam egzemplarz "Mistrza i Małgorzaty". Bardzo chciałam mieć tę książkę, było to wyjątkowo piękne wydanie i bardzo stare.
Następnego dnia gdzieś tak w porze obiadowej książka trafiła do mich dłoni. D. kupił mi ją zapożyczając się okrutnie chyba, mam taką nadzieje, że nie zrobił nic gorszego, np. nie sprzedał antykwariuszowi swojego młodego cudownie grzesznego ciała by zrobić swojej muzie czyli mnie, przyjemność. W każdym  razie mniej więcej w tamtym czasie stałam się Małgorzatą, którą jestem do dziś.
Książki już nie mam, utonęła podczas powodzi stulecia czy tysiąclecia ale wspomnienia tamtych momentów są w mojej głowie wciąż żywe. Smak tamtych chwil mam na języku, pod skórą. Niecierpliwy i zachłanny dotyk dłoni przyszłego malarza chciwie pożerający centymetry mojej skóry na udzie czuję do teraz. Gorący i palący jak pieczęć, jak tatuaż. i prawie czuję rozkosz i spełnienie, którego wtedy jeszcze z powodu tych dłoni nie doznałam.
Pamiętam, że kiedyś, miałam podobną sytuacje. Tylko dłonie, które mnie dotykały należały do Niego, do mojego przyjaciela. Też miałam okres i przecież też byliśmy w Gdańsku. Tylko, że jemu nie przeszkadzała moja nie dyspozycja, kochał się ze mną i dawał mi rozkosz goszcząc we mnie wielokrotnie a ja jakby w odwecie lub w podzięce, za każdym razem robiłam mu to co On lubi najbardziej...i tak wet za wet jakbyśmy walczyli ze sobą ...wet za wet raz za razem...krwawe łowy. Ale On nie był tym chłopcem z przed lat a ja nie byłam już zwariowaną niemiłosiernie małolatą.
On jest dorosłym mężczyzną a ja kobietą, która za nim tęskni...
Gdybym wtedy wiedziała jakie następstwa  przyniesie owa walka, ta noc, robiłabym to tysiąc razy intensywnej by się w tej walce zatracić albo uciekłabym od razu...

nie, nie dzisiaj, nie będę dzisiaj o tym myśleć, robię sobie wolne od myślenia...

Odgoniłam natarczywą myśl zdecydowanym gestem dłoni, jak wyjątkowo naprzykrzającą się muchę. Najchętniej złapałabym za packę i zabiłabym ją gdybym taką packę na muchy- myśli miała.
Ale pozbawiona tego oręża zamknęłam szybko oczy policzyłam do dziesięciu i ubrana w mała czarną, wysokie szpilki i biały płaszcz zatrzasnęłam z głuchym łoskotem drzwi apartamentu i zeszłam energicznym krokiem do garażu. Otworzyłam drzwi od mojego auta i przekręciłam kluczyk w stacyjce. Natychmiast odezwał się do mnie silnik, co za przyjemne mruczenie.
Niezbyt często pozwalam sobie na luksus jazdy samochodem, nie dlatego, że nie mam forsy, fosy mam do obrzygania dużo, książki sprzedają się znakomicie i okrągła sumka na moim koncie rośnie w zastraszającym tempie ale dlatego, że bardzo kocham ten samochód i boję się o niego strasznie. Sportowa Mazda RXI III, matowy czarny lakier, skórzane kremowe siedzenia, drewniany kokpit, moje marznie. Wszystko było na zamówienie, określiłam dokładnie o co mi chodzi i mili panowie w miłym, koszmarnie drogim warsztacie przerobili auto według mojego projektu.
Kocham ten samochód jak samą siebie, mocny podrasowany silnik może zbyt mocny jak na jej zgrabną sylwetkę, trochę przypominał mnie samą. Drobne ciało i upchnięte wewnątrz pod skórą ogromne smocze serce. Ogromne smocze serce po skórą.
Auto mruczało przymilnie, pstryknęłam pilotem od drzwi garażowych i zgrabnie wyjechałam na parking przed willę. Moje auto budziło zawsze zachwyt albo zdziwienie mieszkańców tego miejsca. Prezentowało się niezwykle egzotycznie wśród ich wielkich i zbyt mocno wypasionych, wielorodzinnych jak szeregowe domy aut. Ale miałam to w dupie delikatnie mówiąc.
Wyjechałam przez bramę i skręciłam w ciasną uliczkę. Jeszcze moment a będę mogła dodać gazu. Jak jak kochałam szybką jazdę, za kierownicą robiłam się mocno nieobliczalna i czasem słono za to płaciłam. Jadąc ulicą uśmiechałam się do swoich myśli. Ach gdyby teraz mogli mnie zobaczyć ludzie z mojej przeszłości kiedy to byłam tylko i wyłącznie pasażerem uparcie twierdząc, że nie ma takiej siły która zmusiłaby mnie do kierowania samochodem. Ta siła nazywała się forsa i miała kształt mojej mazdy. Po prostu brakowało mi narzędzia i tyle. Teraz je mam i rozkoszuję się każdą chwila jego posiadania.
No to jazda . Był piękny, słoneczny, listopadowy dzień. Nic nie zapowiadało tego co miało się stać, nic...

i kiedy to się stało stanął mi przed oczami jeden z moich ulubionych obrazów, które z nabożną obsesją oglądam kiedy tylko jestem tutaj...
Sąd Ostateczny Hansa Memlinga...

o mój boże...uśmiałam się serdecznie to czytając...ale bzdety :)...to jest dokładnie o niczym :), piękne

ps. nie chcę mi się gadać z nikim...nie widzę powodu ...mąż mojej znajomej umiera, ma 81, ona 54...życie jest ogólnie chujowe, a związki do dupy, dziś moja inna dawna znajoma powiedziała mi z troską w głosie, że jestem przygaszona, odpowiedziałam jej, że nie prawda...chyba nie dała się oszukać, powiedziała, że zna mnie od 15 lat w takim stanie mnie jeszcze nie widziała, w takim złym...a gówno...z resztą kogo ja próbuje oszukać ? siedziałam przed nią wymalowana, w różowej bluzeczce z falbankami, w szpilkach, blond włoskach wyczesanych do przesady staranie, ciemne paznokcie...mój boże..ubrana byłam nawet w swój jedyny niepowtarzalny uśmiech z cyklu- nic się nie dzieje...eee taaamm, wracałam do domu na piechotę, taki piękny dzień a ja gasnę, z chwili na chwilę...

nie boję się tego co będzie, boję się tego co było i tego co jest...

3 komentarze:

anioł kulawy pisze...

Nie rozmawiajmy zatem.
Otulam:*

Czarek Samuel K. pisze...

Cholera, ale to beznadziejne, bezbrzeżnie smutne, co piszesz. Nie wiem, czy piszesz o sobie, ale takie życie nie ma żadnego sensu, bo po co?

madmargot pisze...

nie !!!! :) nie o sobie choć część to moje doświadczenia, niestety...to fragmenty starych tekstów do pewnego projektu " Sklep z cukierkami ", ale to faktycznie beznadziejne...brak mi dystansu i weny...jak to teraz czytam to chce mi się płakać ze śmiechu...historia skończy się dobrze, spokojnie...jak ją w końcu napiszę...końcówka jest o mnie, trochę mi się życie skomplikowało, ale życie to cenny dar i już go nie mam zamiaru marnować, na coś co nie istnieje...Życie ma zawsze sens. Słucham wielu historii, przyglądam się temu co się wokół mnie dzieje i czasem mnie to przeraża. Ludzkie historie naprawdę są smutne...a ja, no cóż, wypadki ostatnich miesięcy mnie tak przygasiły, ale były też niesamowite momenty, totalnego szczęścia, więc było warto, dla tych chwil :)