sobota, 18 lutego 2012

terapia...

kiedy jest mi źle
kiedy bardzo zimno w moim życiu
kiedy już dochodzę do tej granicy, że nie umiem uśmiechnąć się do mojego lustra

sprzątam
porządkuje
sprzątam
układam

dziś mój dom będzie lśnił
może to pomoże mi odszukać cień blasku we mnie


Dla Ciebie :), popatrz jak potrafię...

piątek, 17 lutego 2012

chłopek z emocjami i popsute serce...

Roztopy, ciapa, breja...jak ja tego nienawidzę i nawet obietnica wyższej temperatury nie wpłynęła znacząco na mój zimowy nastrój i stosunek do pogody. A już na pewno nie pomogło to moim stopom w przemoczonych do cna butach. Właśnie próbowałam je ratować o 8 rano w pracy kiedy do mojej klasy wpadła koleżanka z dziwnym zapytaniem.
Czy nie mam chłopka z emocjami ?
Popatrzyłam na nią dziwnie i pierwsze co mi przyszło do głowy to po pierwsze primo- nie chłopka tylko chłopaka a po drugie primo i ten błysk myśli w mojej głowie mnie poraził....czy widziałaś kiedy głupoto jedna by mężczyźni mieli jakieś emocje i na dodatek jeśli mają to czy je w ogóle ujawniają i w jaki sposób.... ?
Kolejna myśl poraziła mnie jeszcze bardziej. Oczywiście, że je mają i nawet znam takiego jednego chłopaka z emocjami ale skąd ona do cholery o tym wie :) ? Popatrzyłam na nią bardzo podejżliwie i zapytałam niepewnie- ale o co Ci kochana chodzi ? No chłopek z emocjami - trajkotała nie zrażona moją miną. Chłopek z emocjami- Jezu- taka zabawka edukacyjna. To mnie już kompletnie zbiło z tropu i nawet rozśmieszyło. Bo moja głowa pomyślała tak - mężczyzna jako zabawka edukacyjna- boże święty- co za przedmiotowe traktowanie tematu. Mężczyżni jeśli już iść tokiem rozumowania mojej koleżanki to nie służą do edukowania a jeśli chodzi o zabawę to owszem, czasem jest zabawnie i to bardzo :). Lubię mężczyzn poczuciem humoru , a to niestety wielka rzadkość.
Męskie emocje. To wyższa szkła jazdy. Kobieta płacze mężczyzna milczy, kobieta krzyczy mężczyzna milczy, kobieta mówi mężczyzna milczy. Milczy i co on sobie do cholery wtedy myśli ? Kurna to zagadka. Tak jego emocje są milczące i broń cię panie boże nie puści pary z gęby na ich temat, czasem tylko popatrzy ale nawet nie drgnie mu powieka. No owszem puszczają mu czasem nerwy i wtedy jest już bardzo źle, bo wtedy wszystko się wylewa strugą nie do opanowania, ale zazwyczaj milczy...wtedy najlepiej też nic nie mówić, zostawić go w spokoju....męskie emocje...o to temat nie na moją kobiecą głowę, zwłaszcza na moją bo ja wtedy staram się natychmiast tę strugę zatrzymać, naprawić wyrwę, załatać dziurę...te moje nerwowe ruchy, bezsensowne działania...a wystarczy poczekać, spokojnie, cierpliwie i w milczeniu...

Nerwowe ruchy, no właśnie...szkodzą mi, mojemu sercu, które chyba ostatnio zupełnie się popsuło i najgorsze jest to, że nic już nie pomaga. Biorę tabletki bo miały mi je uspokoić i dupa, nic... Ono sobie bije jak chce, zupełnie mnie już nie słucha. Mówię , mu, tłumaczę, uspokój się już, jak małemu dziecku, spokojnie i rzeczowo z nim rozmawiam, nie pomaga, czule do niego przemawiam, szepczę zaklęcia, nie pomaga. W końcu już bardzo zirytowana krzyczę na nie, wrzeszczę prawie- jak się kurwa nie postawisz do pionu to cie wytnę i wtedy mnie popamiętasz....nie działa....kładę się na boku, zwijam w kłębek, naciągam kołdrę na głowę i może wtedy ból mnie nie znajdzie, może przejdzie obojętnie, może nie zauważy...
Ale jak mam się położyć w pracy, w sklepie, w autobusie ? No jak? Jest kurna co raz gorzej, rozbestwiło się już całkiem, bezczelne. Ten nierówny rytm mnie dobija, nienawidzę go, patrzę na moją klatkę piersiową i widzę jak się z niej wyrywa.
To nawet byłoby zabawne, gdyby nie ten cholerny ból. Wstaję, chodzę....coś staram się robić, nie zwracać uwagi...męczę się szybko, nie mogę oddychać, kręci mi się w głowie, wiec znowu się kładę i całą zabawa zaczyna się od nowa, ono obija się o klatkę żeber, skronie pulsują, czuję ostry ból w zatokach, krew chce się wyrwaać z żył, na wolność, krew ucieka mi dłoni i stup, jestem kredowo białą, sina...Najgorsze jest to, że ono się kurna teraz psuje w nocy najczęściej, no ileż można ? Nienawidzę tego stanu, tego mojego popsutego serca. Kto zechce takie popsute serce, nawet ja już go nie chcę, nawet ja...

wiem, że nie mogę ulegać emocjom, wiem ale jak bez nich żyć ? byłabym tylko zabawką edukacyjną typu, dziewczyna bez emocji...jak wygląda taka zabawka ? kartonowa twarz i puste oczy bez wyrazu. przyklejony do twarzy uśmiech, idealne ciało, posągowe, obowiązkowo bez gestykulacji wypielęgnowanych dłoni. może markowe ciuchy ? ach jakże poukładana jak puzzle w pudełeczku, wszystkie części do siebie pasują, idealnie, nie ma mowy o jakich kolwiek ubytkach,  załamaniach, zwłaszcza nerwowych, , nierównościach. dziewczyna ideał, o umyśle ostrym jak brzytwa, jasnym i klarownym.

No, pomyślcie jakim koszmarem byłoby życie, z taką kobietą ? Mówiłaby- może kawki, kochanie, może kotlecika, może ci buzię wytrzeć kochanie ? I to ciągłe pielęgnowanie swojej idealnej urody, szlifowanie umysłu bez wszechmiar idealnego ? Kobieta bez blizny i skazy ? Boże aż cierpnie mi skóra...Bez emocji podchodziłaby do wszystkiego, jej idealnie funkcjonujący rytm dnia i gotowość do rozwiązywania każdego problemu...Jakiego problemu ? Przecież ona nie mogłaby mieć żadnych. Na jej idealnej planecie nie istnieją burze i troski, smutki i wahania. Bez problemu podejmowałaby decyzje i wdrażała w życie, Szast pras i już się dzieje i to wszystko z uśmiechem na twarzy, bez łez i drżącego głosu...Wszystko równiutko jak po sznurku

całe szczęście, że ja taka nie jestem :), jestem więc dziewczyną z emocjami
tylko to popsute serce...
ale to już zupełnie inna historia...

a to dla chłopaka z emocjami :)


czwartek, 16 lutego 2012

w tym szaleństwie jest metoda...

http://www.doradca.com.pl/po_godzinach/lyteratura/kot-w-pustym.htm


Ale szalony dzień, a jeszcze się nie skończył...no właśnie. Siedzę sobie teraz na moim jeszcze narożniku i czekam aż woda dopełni wannę. Robię sobie ultra mega gorącą kąpiel. Tak wiem to mocno niewskazane dla mojego serca ale, ja tak to lubię. Po głębszym zastanowieniu postanowiłam, że będę sobie robić drobne prezenty, dla samej siebie, a co tam. Dziś tym prezentem będzie ta kąpiel. Ktoś powie, kąpiel, phi co to za prezent ? O dla mnie to milowy krok.
Siedzę sobie tak i słucham jak woda leci do wanny, mały kot w osobie Izydora wpakował mi się bezczelnie na kolana i mruczy jak wariat. A ja sobie myślę o tym co dziś usłyszałam od mojej koleżanki z pracy...Z bardzo mądrą miną powiedziała mi, że skończę jako samotna kobieta z kotem na kolanach. Ech, pomyślałam sobie w duchu co Ty tam wiesz młoda damo :). Jak będę miała tego kota na klanach to jak mogę być samotna. Kurcze po zastanowieniu stwierdzam, że może ona ma i rację. No sama nie wiem, czas pokarze.
Na razie faktycznie siedzę z tym małym kotem sama i leje sobie wodę na samotną kąpiel. Jej jakie to niedorzeczne i jakie realne zarazem. No cóż jest jak jest.
Ranek u mnie jak zwykle szalony. Wstałam o 6, w wariackim amoku prasowanie i pakowanie Lu. Bowiem moje dziecię pojechało z prezesem i jego kobietą do Warszawy. By spełnić zapotrzebowanie prezesa, musiałam się bardzo sprężyć, bo jakoś wcześniej nie miałam do tego weny. Więc pospieszne pakowanie, szykowanie na bal, na który Lu przed wyjazdem zażyczyła sobie pójść, sprzątanie, śniadanie i odprowadzanie Lu do szkoły w pełnym rynsztunku.
Boże...dokonałam tego w między czasie czyszcząc kotom kuwety, karmiąc koty, czesząc zapłakaną i sfochaną Lu, szykując swoją skromną osobę do pracy i na wizytę do adwokata. Jestem super mamą, super  mocną kobietą, nad człowiekiem bo wszystko to odbywało się w perspektywie brnięcia przez zaspy śnieżne, gonitwy z czasem i gonitwy moich myśli.

Ale...ale wszystko załatwiłam, zdążyłam, spakowałam, przyszykowałam...tylko kurna malowałam te swoje smutne oczyska już w pracy :). No bo adwokat i w ogóle trzeba przyzwoicie wyglądać. Bo się skończy jako samotna kobieta z tym kotem itp.

Adwokat, miły młody człowiek udzielił porady, za darmochę, bo po znajomości. Chyba powinno mnie to zastanowić, to i wygląd jego gabinetu, który wyglądał jak składzik na szczotki. No cóż- pomyślałam sobie- jest młody, na dorobku i nawet jego mono nie oficjalny strój mi nie przeszkadzał, bo mądrze do mnie gadał, paragrafami. Kazał wiele uczonych rzeczy zrobić i polecił się nie martwić, bo damy sobie radę.
Ale na koniec, boże mój złoty, który widzisz to i słyszysz zapewne wszystko i nie grzmisz powiedział, coś w stylu- jeśli pani tego nie załatwi, skończy pani jako samotna kobieta z kotem na kolanach...:) No żesz wyobrażacie sobie moją minę :). Wszyscy nagle uparli się wciskać mi jakieś kociska, na moje kolana i wszyscy wokoło to jakieś pieprzone wróżki czy co ?

To fakt posiadam kota, a nawet chwilowo dwa, jestem sama, a co najgorsze jestem kobietą ale żeby aż tak z grubej rury :). Ja wam jeszcze wszystkim pokaże ! Pójdę i się wykąpie, a potem to może nawet coś zjem i...jeszcze...no, pogłaszczę kota na moich kolanach...
ale to zupełnie inna historia...

dodam, że jest 17:52...tak zdecydowanie jest coś na rzeczy :), samotność to szarość tego wieczoru, to smutek w moich oczach, to kot na kolanach...i pada wciąż śnieg, tak leciutko, delikatnie, bez skrępowania, bez zobowiązań, bez...wszystkiego




i dla Ciebie...
jakoś pogubiłam w majlach to co miałam tu  umieszczać od Ciebie, ech ta moja niesubordynacja :), obiecuje poprawę ...więc dziś tak będzie, o :)

środa, 15 lutego 2012

nie pamięć...

nie napiszę nic odkrywczego, nie taka moja rola, nie mam takiej wiedzy ani właściwie chęci
ten blog nie temu służy by pisać o odkrywczych rzeczach , to zapis moich myśli, uczuć, mojego życia
nie dążę do tego by ktoś to czytał, oceniał, by się komuś podobało, lub nie
to moje życie, zwyczajne życie, życie kobiety, która jest sama, która ma ośmioletnią już córkę i , która wbrew wszystkiemu wierzy...
dziś strasznie na dworze, nie pamiętam takiej śnieżycy
śnieg na dworze i śnieg w moim sercu
pada
byłam przed chwilą na spacerze, jest tak cicho, szłam i słyszałam tylko bicie mojego serca, trochę nierówny rytm, kłócił się z miarowym rytmem moich kroków
to trochę tak jak w moim życiu, dysharmonia, a tak bardzo pragnę harmonii, tak naprawdę tylko tego
utopia, być może ale przecież trzeba mieć jakiś cel, trzeba mieć marzenia
szłam i nawet nie było mi zimno, to zaskakujące bo mi zawsze jakoś zimno, ale nie teraz

stałam na ulicy i myślałam- jaka piękna katastrofa

teraz jestem w domu, mały kot śpi mi na kolanach, kocica przytuliła się do Lu
nie czekam na nic, bo nic się nie wydarzy, czas płynie, piję herbatę i słucham mruczenia kota
jutro rano jak zwykle wstanę, uśmiechnę się do mojego lustra i wejdę w życie idealnie ubrana, w czarnej sukience i nawet pomaluję sobie oczy
sukienka się suszy a oczy są smutne
ale ten typ tak ma, to nic strasznego
powoli zaczynam się przyzwyczajać do myśli, że opuszczę to miejsce, że już nigdy nie usiądę przy oknie w kuchni, nie wyjdę latem na pijany rozbuchaną zielenią ogród
nie jest mi żal z tego powodu, przyczyną mojego żalu są inne sprawy
może to złamany dziś w pracy paznokieć, może nie zapłacone rachunki, może coś zupełnie innego
chyba to ten zepsuty telefon
mały kot się obudził, ta jego mina
mimowolnie się uśmiecham
patrzy na mnie i czeka
ja nie
a może jednak
mimowolnie się uśmiecham, jednak się uśmiecham
chyba w głębi duszy jestem tą wesołą dziewczyną, tylko o tym zapomniałam
lubię się śmiać całą sobą
tylko te oczy, to wymaga czegoś więcej niż żartu by się roześmiały
ale to już zupełnie inna historia...

a piosenka, no dla Ciebie, żebyś nie marudził, że tu smutno... :)















wtorek, 14 lutego 2012

dla mężczyzny tam od kobiety tutaj...



dziś, żadne słowa, bo wszystkie ważkie i nie na miejscu...
bo żadne nie oddadzą tego co mogłabym powiedzieć...
bo waga tych słów nie na moje kruche nadgarstki...
ale ubrałam dziś dla Ciebie letnią sukienkę i choć mnie w niej nie zobaczysz to noszę ją dzisiaj ogrzewając ciepłem swojego ciała małe bukieciki róż, bo materiał w róże,  rozkwitają w okolicy mojego serca dla Ciebie...
i widzę Cię w moim lustrze gasząc uśmiechem wszystkie Twoje smutki...

słucham tej piosenki, bardzo często... :)

piątek, 27 stycznia 2012

wiara, nadzieja i siła sprawcza...

No właśnie. Zamknęłam poprzedniego bloga, pożegnałam się z madmargot, ale to nie znaczy, że nie będę pisać. Czasem trzeba coś podsumować, zamknąć by mogły się otworzyć nowe drzwi. Tak mi powiedział T. a ja uczę, podkreślam uczę się słuchać. Na naukę nigdy nie jest za próżno, na wyciąganie wniosków tym bardziej. Oby były właściwe. Obym umiała je wyciągnąć i zastosować.
Może w sumie na początek małe wyjaśnienie...
Dlaczego tak. A dlatego, że w moim życiu zaszły zmiany, ja się zmieniłam, zmieniam właściwie, bo to proces i choćbym ze wszystkich sił chciała żeby nastąpiło to szybko, muszę czekać i przepracować to wszystko w sobie.
Pstrykanie palcami nic tu nie pomoże, nerwowe ruchy prowadzą do katastrof i porażek, tylko czas ...muszę czekać...cierpliwe czekać...czekanie nie oznacza nic nie robienia, czekanie to dla mnie czas na działanie, przemyślenie wszystkiego i praca nad sobą. Wiem, że nie mam go dużo, bo nie jestem już nastolatką, bo może zdarzyć się zapowiadany koniec świata i unicestwi mnie w pół myśli i w pół gestu, bo mogę umrzeć na zawał co wydaje się całkiem prawdo podobne. Nie stać mnie też na jego stratę z zupełnie innych powodów, ale o tym jeszcze napiszę.
No wiec wracamy do naszych baranów. Początkowo myślałam o tym by zamknąć definitywnie tego bloga i stworzyć coś zupełnie nowego, zupełnie w innej rzeczywistości ale przecież od przeszłości nie można uciec i chyba nie ma takiej potrzeby. Ona nas buduje i stwarza i tylko od nas samych zależy jak ją wykorzystamy, czy wyciągniemy wnioski na przyszłość, czy będziemy pochopnie i beztrosko popełniać takie same błędy. Ja właśnie ostatnio taki błąd popełniłam i będąc właśnie beztroską i pochopną w słowach zraniłam bardzo bliską mi osobę. I dlatego też postanowiłam dzisiaj tę notkę tu umieścić. Właśnie tu i teraz. Bo to co robimy nie pozostaje bez śladu, bo nie uciekniemy przed tym, bo wpływamy swoimi czynami i słowami na życie innych i przez to należy się im szacunek. Ale to zupełnie inna sprawa i sama muszę się z nią uporać i stawić czoło konsekwencją swoich czynów i słów.
Nie odrzucam wiec przeszłości, spróbuje, podkreślam spróbuje po prostu pójść inną ścieżką. Być może trudniejszą, ale już byłam na łatwej i do niczego dobrego mnie ona nie doprowadziła. To jest mój wniosek, moje przemyślenia, moja zmiana. Zmieniłam się też fizycznie i nie chodzi tu o wagę, kolor włosów, choć jestem teraz prawie blondynką ale o to, że nigdy wcześniej w życiu się tyle beztrosko nie śmiałam i robią mi się zmarszczki od tego śmiechu :). Nigdy nie byłam taka swobodna, nigdy nie robiłam rzeczy, które zrobiłam przez te ostatnie tygodnie. I to już zawsze będzie we mnie i to już na zawsze pozostawiło we mnie ślad. To moja zmiana, bo miałam szczęście spotkać na swoje drodze kogoś kto mi to podarował, umożliwił, pokazał, że może być inaczej...

Dlaczego wiara ? Bo wierzę...
Dlaczego nadzieja ? Bo ją mam...
A siła sprawcza  ?
Jest wokół nas i w każdym z nas. Wystarczy ją dostrzec.Tylko zawsze jakoś ludzie za daleko patrzą, nie dostrzegają tego co przed nimi. Ale przecież najważniejsze jest niewidzialne dla oczu, oczy są ślepe trzeba szukać sercem...Więc czemu się dziwię ? Bo miłość, bo to przecież ona jest tą siła sprawczą, bo miłość...to ta trudna droga...Wymaga od nas cierpliwości, zrozumienia i akceptacji. Pokory.

chciałam napisać to mądrzej, inaczej,cały czas nosiłam właściwe słowa w głowie, ważyłam je, dobierałam...ale wyszło właśnie tak, zwyczajnie...prosto...

ścieżka, którą chcę pójść nie jest łatwa ale to moja ścieżka, moja zmiana, dzięki Tobie T, ale moja...

ps. pożegnałam madmargot, zagości tu weselsza dziewczyna, ja nie twierdzę, że nie obejdzie się czasem bez histerii i poleją się też łzy i będziemy rozdzierać szaty ale :), to też ja tylko z innej już perspektywy...

oj ale to trudne, ale kto powiedział, że będzie łatwo ;)

Faust w pracowni :
" Ciekawe pytania zostają bez odpowiedzi-
Bezowocne cierpienie, niezasłużony sukces...
Teologia niezmiennie mówi o lepszych czasach, które nadejdą,
Nauka odkrywa sztuczne członki i prawdziwy dynamit,
Alchemia przy ogromnych kosztach zmienia ołów w ołów,
Sztuka wzrusza samolubnymi boginiami i otyłymi boginiami,
Zaś Prawo odwołuje się do praw, które zatwierdzają jego prawnicy,
Logika natomiast powiada, że wszystko zależy od tego, jak co się rozumie...
Więc muszę żyć i umrzeć w dziełach Arystotelesa ? "

- Czym jest życie -
Faust chodził między zwałami pergaminów-
Jeśli nie powolniejszą formą samobójstwa ?

Pierwszorzędny mówca
Znalazł w sobie słuchacza pierwsza klasa.
- To rzeczywiście zaszczyt -
Zaszczekał pies,- Mógłbym tak tu warować
Słuchając cię przez całą wieczność,
To znaczy cały dzień.

- Sądziłem, że dało ci to więcej,
Niż gdybyś tylko patrzył- powiedział Faust,
Głaszcząc go.

- Skoro mówimy o samobójstwie,
Mógłbym może na coś się przydać- zauważył pies,
Głaszcząc Fausta.








niedziela, 22 stycznia 2012

głodny duch, pomęidzy światami...czyli moje życie bez antydepresantów...

http://www.youtube.com/watch?v=QKLAaCas68g&feature=related


Zamykam tego bloga, znikam, żegnam...
Faktycznie, idąc za tym co mi ktoś bardzo ważny dla  mnie powiedział, pisałam tu same głupoty...postanowiłam, że Go będę słuchać, obiecałam Mu to, to przemyślana decyzja...

Blog powisi tu jeszcze przez jakiś czas i sup do kosza, bez żalu...
Bardzo wam wszystkim dziękuje, że byliście blisko, że czytaliście, och dzięki za wszystko :)

nie będzie już madmargot, będzie dziewczyna z tej piosenki


bez ps, osoby, które mnie choć trochę znają wiedzą co chciałabym powiedzieć, ale ja za dużo gadam więc nie powiem już nic

koniec i cisza

:)(:

dla t.

napiszę cię
nie słowami, ciszą
napiszę cię
po wewnętrznej stronie uda
palcami, delikatnie
magiczne znaki zaklinam
napiszę cię
jak tatuaż, na zawsze
kocham i nienawidzę
językiem jak pieczęcią
zalakuje w mroku, wilgotnym
po wewnętrznej stronie uda
zbliżam się powoli
czujesz mój oddech
na skórze
kropelką potu słoną jak łza
spadnę w odchłań
wysiłkiem z rozkoszy
między palcaami zaplatam
czas, cierpliwie
czujesz mój oddech
po wewnętrznej stronie uda
napiszę cię w ciszy, w mroku
dwa słowa, to wystarczy
cała moja przysięga
kocham i pragnę
nienawidzę czasem

przeczytaj...
mnie całą, kość po kości
litera po literze, mieszki włosowe
jak znaki zapytania
wykrzykniki paznokci
ostre i krzykliwe
rubinową czerwienią
skóra jak karteczki białe
gładkie, aksamitne
poraniłeś mi plecy
byłam tylko kalką
odbiłeś mi wewnątrz
do utraty siebie
zamknięte oczy
zatrzaśniete usta
puste dłonie
bez pióra
wysączyłeś atrament mojej krwi
do dna zapomnienia
oddycham twoimi słowami
w ciszy
duszę się ich brakiem

napiszę cię
słowami nie ciszą
po tamtej stronie czasu
po wewnetrznej stronie uda
kocham i nenawidzę
pragnę czasem
w mroku
ciebie
nie ma
już












wtorek, 8 lutego 2011

nikt nie powinien odmawiać Prezesowi...

Wczoraj miałam czarowny dzień, dziwne bo nawet mi nie drgnęła powieka, nawet się nie wkurwiłam, nawet cień wątpliwości  nie pojawił się w moim sercu. Chyba po prostu osiągnęłam już pewien pułap zobojętnienia na pewne rzeczy, na życie, na siebie, na uczucia po prostu. Mam tego wszystkiego serdeczne dość, mam na to jak mówią w kręgach, hmmm młodzieżowych wyjebane.

Zaczęło się zgoła niewinnie, porannym płaczem małej Lu...
-Mamin głowa boli, oczka bolą, mamin ja nie chcę iść do szkoły, nie myśl mamin że udaję, źle się czuję i kropka.
No to kurwa ładnie, myślę sobie, ale chuj, dziadki są na górze i chętnie przyjmą moja latorośl pod swoje skrzydła a ja powlokę się zarabiać na lekarstwa. I tak też zrobiłam. W pracy bez ekscytacji, niby, 8 razy zmieniałam pampersa, ze dwa razy któreś z dzieciaków puściło na mnie pawia, raz zostałam ugryziona, kopnięta na przerwie przez przypadek, szarpałam się z psychicznie chorym wyrostkiem też tylko raz i całe szczęście tym razem nie oberwałam krzesłem. Wiec w sumie dzień zaliczam do udanych. Czarownie...

Wróciłam do domu, w tak zwanym miedzy czasie. Cóż za super określenie, między czas. Ciekawe gdzie on się znajduję? Czasem chciałbym utonąć w takim między czasie i o niczym nie myśleć, marzenia, cóż nie spełniają się, wiec w tym oto cudownym czasie pomiędzy robotą w robocie a robotą w domu, wypstrykałam się z góry forsy, płacąc za wodę, prąd i kupując małej Lu buty.
Wróciłam do domu leciutka jak piórko, radosna, niepewna swojej przyszłości do pierwszego marca, ale co mi tam , lajf.
Siedzę, jem z dzieckiem obiad, dzwoni Prezes, że już jedzie, no ok, dziecko jest jego w połowie wiec zapraszam serdecznie :-). Poza tym miał zabrać Lu do dentysty, wiec zabrał. Dwoni po godzinie i radosnym głosem oznajmia mi, że potrzebny ortodonta, mówię, że ok jak trzeba to trzeba...spoko. Lecz najlepsze zachował na koniec, z uśmiechem, który czuje namacalnie tak, że aż wibruje mi w uszach stwierdza, że pani dentystka podejrzewa, że mała ma świnkę, i że natychmiast trzeba jechać z nią do lekarza.
Uwierzcie nawet nie drgnęła mi powieka, nie uszło ze mnie powietrze, pomyślałam tylko, że żegnam się z moją morską wyprawą, że ja nie mogę mieć marzeń i że one komu jak komu to mnie się raczej nie spełniają. Ze spokojem godnym opanowania skazańca przed egzekucją wyguglałam sobie tę nieszczęsną świnkę i już wiedziałam, że dziecko jej nie ma.
Prezesie pomyślałam po co się tak cieszysz i tak pojadę, i tak dziecko jest zdrowe, nie straszne mi Twoje straszenie i Twoja z tego powodu nieskrywana radość. Już nie, nigdy więcej nie...
Przyjechał przejęty, do bulu zadowolony rzucił mi w aucie
- I co to chyba zostajecie w domu , chyba nie weźmiesz Małej teraz nigdzie?!
Pomyślałam sobie no tak przecież Prezesowi się nie odmawia bo po prostu nie i uśmiechnęłam się do swoich myśli. Nie skomentowałam jego radosnej uwagi i pojechaliśmy leczyć nie istniejącą świnkę. Cóż dziecko jest przeziębione to fakt, ale żadnej zwierzęcej choroby nie ma.
Prezes był wyraźnie zawiedziony. Rzuciłam mu tylko patrząc prosto w oczy, że etap wpadania w panikę to ja mam już za sobą. Poparzył na mnie jadowitym wzrokiem  i powiedział
- No tak widzę, a jak tam rachunki za gaz ?
- Cóż mój drogi...
 Odpowiedziałam  ze spokojem
- W tym miesiącu tylko 450 zł. Jestem mega oszczędna.
Popatrzył na mnie z niesmakiem i rozczarowaniem, bo pewnie myślał, że mnie na czymś tragicznym przyłapie, że będę mu płakała w rękaw, że powiem
 -Uratuj mnie bo nie mam forsy...
Powiedziałam jednak, spokojnie
- Mój drogi żyję bardzo oszczędnie i wydaję moje pieniądze z należytym szacunkiem.
Prezes spojrzał na mnie wzrokiem ciskającym pioruny z burzowego nieba i wysyczał
- Tak, musiałem Cię zostawić, żebyś stała się oszczędna i rozsądna.
O męska megalomanio, o zakochanie w sobie... O tak to jest męskie myślenie...Faceci sądzą chyba, że to oni sterują całym światem, mówią i dzieje się, myślą i się stwarza...
Bosze, Prezesie ty myślisz, że to dlatego, że mnie zostawiłeś ja jestem oszczędna, jakie to typowe i niskie...
Nic bardziej mylnego, jestem taka bo chcę, bo mam marzenie, bo taka jestem nie dlatego, że Ty chcesz, Ty Prezes. Nie stworzyłeś mnie znowu, nie pozwolę Ci na to już nigdy. Już nigdy nikomu na to nie pozwolę...

Ktoś mi ostatnio powiedział, nie spodziewaj się, że będę się tobą interesował, zajmował...
O nie nie spodziewam się, o nie...
Nigdy ...
Jestem niezależna, sama o sobie decyduje, nie chcę by ktoś wychowywał mnie czy moje dziecko, robił mi zakupy, płacił rachunki, mówił  co mam mówić, co i do kogo czuć i czy o tym wypada powiedzieć...
Kiedy będę chciała odejść odejdę nawet jeśli to będzie oznaczało śmierć...
Kiedy będę starą kobietą, opłacę sobie miejsce w domu opieki i nikt nigdy nie będzie się czuł zobowiązany trzymać mnie za rękę, robić mi herbatę w nocy czy zmieniać pieluchy...
Kiedy zachoruję pójdę do hospicjum i żadna siła mnie mnie powstrzyma...

brak uczuć procentuje brakiem uczuć, do siebie zwłaszcza...

Ramiona, które będą mnie przytulać pozostaną wolne i to nie dlatego, że nie kocham ale właśnie dlatego, że ta miłość jest we mnie...
nie chcę nikogo wiązać...
ograniczać...
posiadać...
mieć...
chcę kogoś kochać i by ten ktoś kochał mnie...
no może lubił, przynajmniej...
chcę podróżować...
pisać...
żyć...
tak razem ale nie zaborczo...
nie chcę śniadań do łóżka bo nic rano nie jadam...
kawy też mi nie musi robić bo lubię taką po swojemu...
chcę by mnie przytulił, raz, jakbym była tą jedyna na świecie...
by ze mną rozmawiał o wszystkim co nas, nie tylko jego interesuje...
by mnie uważnie słuchał tak jak ja słuchałabym jego...
by mnie szanował tak jak ja szanowałabym jego...
chcę by potrzymał mnie czasem za rękę, na spacerze...
by kochał się ze mną i całował moje skronie...
chcę by patrząc mi w oczy wiedział co myślę i ja nie musiałabym nic mówić...
chcę milczeć przy nim i popłakać się ze śmiechu...

oj kurwa mać, nie chcę złotej klatki...

tak, cóż...
brak uczuć, procentuje brakiem uczuć właśnie...
miałam chyba gorszy dzień...
i w taki gorszy dzień chciałbym móc zadzwonić do niego i powiedzieć
- Przyjedz do mnie i mnie przytul...
nie chciałabym się też nigdy już tego bać...
zawsze się bałam, że to nie wypada, że kogoś sobą obarczam, że jestem nad bagażem, ciężarem...

dziś takie piękne słońce, przespałam prawie cały dzień jak wróciłam z pracy...
ten przedsmak wiosny mnie otumanił...
padło mi na mózg i chyba dlatego to piszę :-)

pieprzona ze mnie egocentryczka...
ale, 15 lat robiłam nawet siku pod czyjeś dyktando więc czasem mam prawo chcieć czegoś dla siebie...
może nie ?
nie wiem ?
brak uczuć procentuje ich brakiem właśnie...
zwłaszcza do samej siebie...

chciałabym zadzwonić i powiedzieć :
- Przytul mnie...
nieee...
nie mam do kogo :-)
ku... mać :DDD

sobota, 5 lutego 2011

adrenalina...

http://www.youtube.com/watch?v=b_ILDFp5DGA&feature=related

czasami tak trudno, tak trudno dostrzec to co najbliżej nas...
ale kto powiedział, że będzie łatwo...
miłość zawsze jest niebezpieczna...

ale przecież dla tej adrenaliny tu jesteśmy...
czyż nie ?
odważnie wiec mówmy kocham Cię, bo jutro może być za późno...

za kilka dni patron epileptyków zagości w śród nas...
ale czy warto czekać ?
nieee ;)

ps.
powiem dziś mojej Lu, że ją kocham :), z resztą mówię jej to w sumie codziennie ...
innych adresatów narazie brak ;)
wszystkim kochającym i kochanym dedykuję utwór powyżej...
tym poszukującym też :)